Partyjny skok na spółdzielnie mieszkaniowe. Lokalni radni i działacze zwęszyli kasę
Wybory do rad nadzorczych do spółdzielni mieszkaniowych okazały się bardzo dobrą okazją do skoku na kasę przez lokalnych działaczy, reprezentujących największe partie polityczne w kraju. Przecież hipoteka sama się nie spłaci.

Żeby nie było: żadnym obrońcą spółdzielni mieszkaniowych nie jestem. Też uważam, że to trochę relikt po dawnej epoce PRL, który trzeba dostosować do obecnej rzeczywistości. Opowiadam się w tym temacie bardziej za ewolucją niż rewolucją. Inna sprawa, że po wielu latach mieszkania w zasobach takiej spółdzielni mieszkaniowej wpadłem w sidła wspólnoty mieszkaniowej. I wszystkim, którzy spółdzielnie najchętniej zakopaliby kilka metrów pod ziemią, dobrze radzę: ta stara, nielubiana rzeczywistość może okazać się zdecydowanie lepsza od tej nowej, w której podobno macie więcej do powiedzenia. Uwierzcie.
Na razie jednak obserwuję kolejną już falę (nie zliczę, którą w ostatnich latach), która nawołuje do zmian w spółdzielniach mieszkaniowych. Tym razem nie stoją za nią prawnicy, znawcy spółdzielczych statutów, czy nawet sami mieszkańcy. Bardzo za sznurki za to starają się pociągać lokalni radni i działacze polityczni, ci reprezentujący największe partie w naszym kraju. Piszę o sytuacji w moim mieście - Siemianowicach Śląskich, ale mogę założyć się, że bardzo podobnie jest w całym kraju.
Radni mają się dobrze, ale mogą jeszcze lepiej
Miejscowi radni, pod rękę z lokalnymi działaczami politycznymi, to wyjątkowa grupa ludzi. Są wśród nich społecznicy, którym rzeczywiście na sercu leży dobro swojej okolicy i tutejszych mieszkańców. Tu dzięki ich inicjatywie tu naprawią chodnik, a tam pomalują klatę schodową. Innymi słowy: dobrze, że są. Ale to mniejszość. Możecie mi wierzyć, przepracowałem dwie kadencje w gminnym magistracie i jedną w urzędzie marszałkowskim i swoje widziałem.
Większość radnych (tych miejskich i tych wojewódzkich też) to najczęściej ludzie - zwłaszcza ci z konkretnie przypisanymi barwami partyjnymi - którym niezbyt powiodła się kariera polityczna. Nie dali się poznać swoim centralom na tyle, żeby bardziej zaistnieć. Dobrego miejsca na listach poselskich nie potrafią wywalczyć, często też mają za sobą sromotną porażkę w wyborach samorządowych i tych na wójta, burmistrza, czy prezydenta miasta - też.
Co bardziej sprytni robią wszystko, co mogą, żeby złapać się na jakąś radę nadzorczą, w czasach kiedy ich partia współtworzy rząd. Przecież złamana kariera polityczna nie oznacza wcale braku możliwości dorabiania, prawda? A kredyt hipoteczny swoje kosztuje, wiem z własnego doświadczenia, że na przestrzeni ostatnich lat, coraz więcej. Trzeba więc jakoś kombinować: ziarnko do ziarnka aż zbierze się miarka.
Siemianowice Śląskie mają teraz lekko ponad 60 tys. mieszkańców i 23-osobową Radę Miasta. Radni zarabiają w niej od 2700 zł do nawet ok. 3400 zł, w zależności od pełnionej funkcji (szef komisji, członek komisji, prezydium Rady Miasta itp.). Trzeba przyznać: fajna kasa, zwłaszcza, że sesje odbywają się raz w miesiącu, z przerwą na wakacje. 3000 zł za jedno spotkanie na miesiąc? I nawet nie trzeba wtedy zabierać głosu, można się zdrzemnąć gdzieś na boku? Sądzę, że to bardzo dobry biznes. Ale przecież nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być lepiej. Zwłaszcza, jak nadarzy się do tego okazja. Tak jak na przykład głosowanie na członków Rady Nadzorczej Siemianowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
Spółdzielnie mieszkaniowe pod partyjną presją
Siemianowiccy radni reprezentujący barwy Koalicji Obywatelskiej, PiS, czy Lewicy na sali obrad często różnią się w swoich poglądach. Chociaż tutaj szansa na ponadpartyjną zgodę jest zawsze zdecydowanie większą niż w sejmowych kuluarach w Warszawie. Ale w jednym są wyjątkowo zgodni: nie przepuszczą żadnej okazji, żeby sami lub ich znajomi i rodzina mogli coś dorobić na boku.
I rady nadzorcze spółdzielni mieszkaniowych idealnie do tego się nadają. Przykład Siemianowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej pokazuje to aż nadto jaskrawie. Nagle w moim mieście zaroiło się dosłownie od speców z prawa spółdzielczego i zarządzaniem tysiącami mieszkań, a także otaczającą je infrastrukturą. Ta siemianowicka spółdzielnia jest całkiem duża, ma w swoich zasobach więcej niż 12 tys. mieszkań i ponad 15 tys. członków. Jest więc się o co bić.
Na siemianowicką arenę w te szranki stanęli bardzo różnie ludzie. Od podstarzałego już samorządowca, który nigdy nie spełnił swojego marzenia o miejskiej prezydenturze, po młodego działacza, który teraz w jeden radzie nadzorczej zasiada, ale przecież, jak za rok wybory parlamentarne nie pójdą po jego myśli, to z czegoś będzie musiał swój kredyt hipoteczny spłacać. Spadochron wycelowany w spółdzielnię mieszkaniową wydaje się wiec w jednym i drugim przypadku doskonałym pomysłem.
Festiwal bzdur i manipulacji
Rzecz jasna, zgodnie z duchem czasu, w trakcie kampanii wyborczej do Rady Nadzorczej Siemianowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej, byliśmy świadkami festiwalu zakłamań i fałszywych manipulacji. Dowiedziałem się na przykład, że podobno członkowie zarządu tej spółdzielni zarabiają nawet 40–50 tys. zł miesięcznie. Dobra kasa, co nie? To jaka musi być w większych spółdzielniach, w większych miastach? W Katowicach najpewniej biorą pod 100 tys. zł, a w takiej Łodzi, czy Warszawie co najmniej po 200 tys. zł, jak nie lepiej. Nie może być inaczej.
Bardzo żałuje, że Siemianowicka Spółdzielnia Mieszkaniowa nie prostowała tych bzdur, albo nie sięgnęła wobec ich głosicieli po art. 212 kk (zniesławienie). Tak tego typu kłamstwa można w ten sposób ukrócić najszybciej. Zdecydowano się jednak na ciszę. Druga strona, czyli radni, działacze partyjni, miejscy urzędnicy, ich znajomi i rodziny na milczenie jednak niestety nie zdecydowali się. Dlatego usłyszeliśmy ich parę pomysłów na usprawnienie pracy w Siemianowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej. I wtedy wystraszyłem się już nie na żarty.
Więcej o spółdzielniach mieszkaniowych przeczytasz w Bizblog Spider’s Web:
Mi osobiście najbardziej przypadł do gustu pomysł dotyczący likwidacji wszystkich osiedlowych administracji, wyrzucenie na pysk tamtejszych pracowników, zorganizowanie jednej, centralnej administracji i zatrudnienie tam swoich. Dzięki temu, jak słyszałem, mieszkańcom będzie lepiej. Niestety, nie dowiedziałem się, na jakiej zasadzie. Pamiętam, że dawniej jak na przykład rura pękła w mieszkaniu, dzwoniłem do osiedlowej administracji, którzy przysyłała fachowca, a ten załatwiał sprawę.
Przy jednej administracji dla ponad 12 tys. mieszkań i kilku ogromnych osiedli po prostu sobie tego nie wyobrażam. Raz, że taki monter siedziałby w centrali spółdzielni i wszędzie miałby dalej niż miał, kiedy czekał na zlecenie na własnym osiedlu. Dwa to natychmiastowe kolejki mieszkańców. Załóżmy, że do osiedlowej administracji dzwoni średnio 5 mieszkańców na 8-godzinny dzień pracy. Siemianowicka Spółdzielnia Mieszkaniowa ma obecnie 7 osiedlowych administracji, czyli do tej przyszłej centrali dzwoniłoby w sumie 35 mieszkańców. Statystycznie jeden na 13 minut. Genialna idea.
Widać, że to nie ma żadnego sensu, ale nie o sens przecież tutaj chodzi, tylko o pieniądze. Dodatkowe parę tysięcy miesięcznie jest nie do pogardzenia, wtedy na parę lat można nawet o hipotece zapomnieć. I właśnie tak największe partie polityczne (przypuszczam, że centrale zdają sobie sprawę, co robią ich lokalni giermkowie) zmieniają lokalną Polskę. A co z dobrem mieszkańców, infrastruktury i naszych osiedli? Sami odpowiedzcie sobie na tak postawione pytanie.
Dziennikarz serwisu Bizblog.pl. Zawodowo pisze już od ćwierć wieku. Dawniej m.in. Goniec Górnośląski, Dziennik Zachodni, Magazyn Gospodarczy „Fakty”. Współpracował m.in. z Miesięcznikiem Finansowym „Bank”. Zajmuje się głównie sprawami gospodarczymi - z obszaru energetyki i jej transformacji. Pisze o górnikach, hutnikach, energetykach, odnawialnych źródłach energii, a także o polityce jądrowej, czy przyszłej strategii wodorowej. Nie obce mu są też tematy związane ze skutkami biznesowymi następujących już zmian klimatu. Specjalizuje się również w kwestiach związanych z usytuowaniem prawnym tak marihuany rekreacyjnej, jak i jej medycznej odmiany.