Czekałem na trzęsienie ziemi w spółdzielniach mieszkaniowych, mam nową aferę w rządzie
Jestem członkiem Spółdzielni Mieszkaniowej „Bródno”. Tej samej, w której Walne Zgromadzenie podzielono na 27 części, a członkowie w 2026 r. mają głosować nad sprawozdaniami zarządu i rady nadzorczej od... 2019 r. Tej samej, wokół której kilka miesięcy temu zrobiło się tak gorąco, że wiceminister rozwoju Tomasz Lewandowski skierował zawiadomienie do prokuratury. Teraz jesteśmy świadkami bulwersującego ciągu dalszego.

Dlatego kiedy widzę, że przy reformie mającej zwiększyć kontrolę członków nad spółdzielniami dwa ministerstwa zgłaszają miejscami identyczne poprawki odpowiadające postulatom środowisk zarządzających spółdzielniami, nie widzę nudnej wojny urzędników. Widzę jeden z najpoważniejszych skandali tej władzy. Nie wiem, kto napisał te poprawki. Nie wiem nawet, czy podejrzenie Ministerstwa Rozwoju i Technologii o udział zewnętrznego lobbysty się potwierdzi. Wiem jednak, że państwo ma obowiązek odpowiedzieć na bardzo proste pytanie: kto jest autorem tych zdań?
Jeżeli okaże się, że za kulisami projektu stoją ludzie, których nowe przepisy miały poddać większej kontroli, to dla mnie jest to sprawa znacznie poważniejsza niż kolejne historie o politykach, ich znajomych i publicznych pieniądzach.
Lekarz-milioner mnie wkurza. Miliony dla znajomych też
Przez ostatnie miesiące mieliśmy kilka afer, które mogły doprowadzić człowieka do szewskiej pasji. Był Dawid Kacprzyk, młody lekarz i były już działacz Koalicji Obywatelskiej, który według swojego oświadczenia majątkowego zarobił w 2025 r. ponad 1,5 mln zł. Wokół jego pracy w warszawskim Szpitalu Południowym pojawiły się pytania o grafiki dyżurów, a sprawa doprowadziła do kontroli i jego odejścia ze szpitala oraz z KO.
Była Anna Konieczyńska, działaczka KO i wiceprezeska Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Z pieniędzy przeznaczonych na pomoc po powodzi 4,5 mln zł trafiło do trzech firm z jednej wsi. Firma jej męża dostała 200 tys. zł, spółka sąsiada 3,2 mln zł, a ponad 1,1 mln zł kolejny podmiot z tej samej okolicy.
Jak ustaliła Wirtualna Polska, z danych straży pożarnej i systemów satelitarnych nie wynikało, żeby wskazane nieruchomości znalazły się pod wodą. Sprawę badają CBA i Ministerstwo Rozwoju. Konieczyńska została zawieszona w prawach członka KO. Nie ma natomiast podstaw, by twierdzić, że osobiście przyznała wszystkie te pieniądze.
Obie historie są dla mnie bulwersujące. Ale to, co dzieje się wokół ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych, uważam za sto razy groźniejsze.
Ktoś chce zmieniać zasady gry
MRiT przygotowuje reformę spółdzielczości mieszkaniowej właśnie dlatego, że do resortu od lat trafiają skargi na niewłaściwe gospodarowanie majątkiem i brak przejrzystości działania zarządów. Jednym z kluczowych pomysłów jest obowiązkowa kadencyjność zarządów. Kadencja miałaby trwać maksymalnie pięć lat. Nie oznacza to , że dobrego prezesa po pięciu latach trzeba wywieźć na taczkach. Można go wybrać ponownie. Chodzi o coś dużo prostszego: po określonym czasie zarząd musi ponownie uzyskać mandat. Jako spółdzielca nie widzę w tym niczego rewolucyjnego.
Widzę za to rewolucję w tym, co wydarzyło się później. Sprawę szczegółowo opisała wtorkowa „Rzeczpospolita”. Minister energii Miłosz Motyka zgłosił 15 uwag do projektu. Dzień później swoje uwagi przedstawiła minister funduszy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Siedem z nich było zbieżnych, a przy większości, jak zauważył wiceminister Lewandowski, nie zmieniono nawet szyku zdań. Oba resorty zaproponowały dokładnie takie samo brzmienie przepisów dotyczących kadencyjności i takie samo uzasadnienie.
I przypadkiem zaproponowały rozwiązania zgodne z oczekiwaniami środowisk zarządzających spółdzielniami. Zamiast obowiązkowej kadencyjności wpisanej do ustawy, możliwość wprowadzenia jej dopiero w statucie konkretnej spółdzielni.
Przypadki oczywiście się zdarzają. Ale dwa różne ministerstwa, dwa różne zespoły urzędników, kilkanaście stron skomplikowanych uwag i te same zdania w tym samym miejscu? Ludzie!
Ministerstwo samo podejrzewa zewnętrznego autora
Najważniejsze jest to, że nie jest to teoria jakiegoś sfrustrowanego spółdzielcy z Bródna. Takie pytanie stawia samo Ministerstwo Rozwoju. Tomasz Lewandowski napisał wprost, że podobieństwa w uwagach do ustawy nasuwa „uzasadnione przypuszczenie”, iż ich autorem może być podmiot zewnętrzny lobbujący w interesie organizacji reprezentujących władze spółdzielni. Poprosił też o ujawnienie takiego udziału, jeśli rzeczywiście miał miejsce, zgodnie z ustawą o działalności lobbingowej.
W przypadku większości uwag nawet nie zmieniono szyku zdań – zauważył Tomasz Lewandowski, wiceminister rozwoju i technologii.
Krzysztof Izdebski z Fundacji Batorego również mówi o podejrzeniu zwykłego „kopiuj-wklej” i zwraca uwagę, że transparentność procesu tworzenia prawa jest kluczowa dla zaufania obywateli do państwa.
Lobbing jest legalny. Organizacja zrzeszająca prezesów spółdzielni może powiedzieć: nie podoba nam się kadencyjność. Może przygotować analizę, może przyjść do ministerstwa, może próbować przekonywać ministrów. Ba, powinna mieć prawo przedstawić swoje argumenty. Ale my mamy prawo wiedzieć, że to ona mówi.
Nie może być tak, że interes grupy zawodowej albo środowiska pojawia się nagle jako „stanowisko ministerstwa”, a obywatel ma uwierzyć, że niezależnie wymyślili je urzędnicy. Jeśli oczywiście właśnie tak było.
Ja naprawdę wiem, po co nam większa kontrola
Na stronie mojej spółdzielni można dziś znaleźć porządek obrad Walnego Zgromadzenia. Jest fascynujący. W 2026 r. członkowie mają zatwierdzać sprawozdania Rady Nadzorczej kolejno za 2019, 2020, 2021, 2022, 2023, 2024 i 2025 r. To samo dotyczy sprawozdań zarządu, sprawozdań finansowych i absolutoriów. Całe Walne zostało podzielone na 27 części.
Mówimy więc o organizacji, w której jako członek mam współdecydować w 2026 r. o tym, co jej władze robiły siedem lat wcześniej. I ktoś chce mi powiedzieć, że obowiązkowa kadencyjność zarządu to zagrożenie dla stabilności? Naprawdę?
To właśnie w takich spółdzielniach potrzebujemy pełnej przejrzystości, dostępu do dokumentów, nieustawianego walnego, kadencyjności i skutecznych mechanizmów, dzięki którym człowiek zarządzający wielkim majątkiem regularnie musi stanąć przed jego właścicielami i powiedzieć: zrobiłem to, to i to. Jeśli chcecie, wybierzcie mnie ponownie. To nie jest atak na spółdzielczość.
Dlatego ta sprawa jest dla mnie gorsza
Mogę być wściekły na lekarza, który zarabiał fortunę w publicznym szpitalu. Mogę być wściekły, gdy pieniądze przeznaczone dla przedsiębiorców zniszczonych przez powódź trafiają do męża osoby zasiadającej we władzach instytucji rozdzielającej tę pomoc i do ludzi z jej najbliższego otoczenia.
Ale w takich przypadkach wiem przynajmniej, gdzie jest problem. Kontrola może sprawdzić dokumenty. Prokuratura może wszcząć śledztwo. Sąd może kogoś skazać albo oczyścić z zarzutów. Można odzyskać pieniądze. Można zwolnić człowieka ze stanowiska. Znacznie bardziej boję się sytuacji, w której grupa interesu może wpływać na przepisy określające, jak skutecznie obywatele będą mogli ją później kontrolować.
Wtedy nie wykorzystuje się dziury w systemie, tylko pisze się system pod siebie. Jeśli podejrzenia wiceministra rozwoju się potwierdzą, nie będę tego uważał za zwykły lobbing ani za kolejną aferkę personalną, która będzie żyła przez trzy dni w mediach społecznościowych. Dla mnie to programowe działanie przeciwko państwu i obywatelom.
Państwo istnieje między innymi po to, żeby ustalać reguły jednakowe dla wszystkich, równoważyć interesy i chronić słabszą stronę przed silniejszą. Jeżeli dostęp do procesu legislacyjnego staje się sposobem na napisanie sobie wygodniejszych reguł, państwo przestaje pełnić tę funkcję. Dlatego nie interesuje mnie dzisiaj tłumaczenie, że dwa ministerstwa po prostu miały podobne poglądy ani ile spotkań odbyli tudzież ględzenie o tym, jak skomplikowana jest spółdzielczość mieszkaniowa.
Mam jedno pytanie. Kto napisał te poprawki? Jako dziennikarz chcę znać odpowiedź, bo chodzi o sposób stanowienia prawa w Polsce. Jako członek SM „Bródno” chcę jej jeszcze bardziej.
Fot. Arek Braumberger/Bizblog
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.