Rafał Leśkiewicz nie zna jeszcze projektu reformy podatkowej rządu. Wie za to, że jest zły, PR-owski, wyzeruje korzyści podatników i podniesie ceny. Przyznam, że jako wyborcę i podatnika bardziej wkurza mnie właśnie takie podejście niż to, że Donald Tusk nie dowiózł obiecanych 60 tys. zł kwoty wolnej.

Niedotrzymana obietnica wyborcza to poważny grzech polityczny. Ale prezydent, który zanim zobaczy ustawę, zaczyna budować uzasadnienie dla jej zablokowania, robi coś jakościowo innego. Nie ocenia skutków polityki rządu. Próbuje nie dopuścić do tego, żeby w ogóle można było je ocenić.
Tak, Tusk złamał obietnicę
Zacznijmy od tego, w czym Leśkiewicz ma rację.
Przede wszystkim pan premier złamał daną obietnicę – wskazuje Rafał Leśkiewicz, rzecznik prezydenta RP.
Fakt, złamał. Koalicja Obywatelska szła do wyborów w 2023 r. z obietnicą podniesienia kwoty wolnej od PIT z 30 do 60 tys. zł. Miało być szybko, tymczasem projektu ustawy wciąż nie ma. Pisałem o tym, że zamiast ustaw wprowadzających przedwyborcze obietnice, dostajemy koślawe protezy, tak było z reformą podatki Belki. Miała być kwota wolna, dostaliśmy OKI, które wrzuca drobnych ciułaczy na głęboką wodę – czyli na rynek kapitałowy.
Nie zamierzam tłumaczyć Donalda Tuska. Polityk przed wyborami powinien nauczyć się liczyć. Jeśli coś obiecuje, a później okazuje się, że państwa na to nie stać, wyborca ma prawo powiedzieć: trzeba było powiedzieć wcześniej. Brak 60 tys. zł kwoty wolnej nie oznacza automatycznie, że wszystko, co rząd zaproponuje zamiast, jest oszustwem.
Od 2027 r. rząd chce podnieść pierwszy próg skali PIT ze 120 do 130 tys. zł, pomiędzy 130 a 150 tys. zł wprowadzić stawkę 24 proc., a dopiero powyżej 150 tys. zł pozostawić 32 proc. To nie jest podatkowa rewolucja. Dla części pracowników oszczędności będą symboliczne. Ale można jednocześnie uważać, że Tusk nie dotrzymał obietnicy, i uznać przesunięcie progów PIT za zmianę sensowną. Jedno drugiego nie wyklucza.
Leśkiewicz nie zna ustawy, ale już wie, że Polak straci
Tu zaczyna się część, której nie kupuję. Leśkiewicz przekonuje, że planowane podniesienie CIT z 19 do 22 proc. dla największych przedsiębiorstw doprowadzi do wzrostu cen.
Jak pan myśli, w jaki sposób te firmy odbiją sobie ten wyższy podatek? Podnosząc ceny usług i towarów – przekonuje rzecznik prezydenta.
Brzmi efektownie, ale gospodarka nie działa aż tak prosto. Po pierwsze, mówimy o przedsiębiorstwach z rocznymi przychodami przekraczającymi równowartość 50 mln euro oraz o podatkowych grupach kapitałowych. To nie jest podwyżka CIT dla osiedlowego sklepu, hydraulika, małej firmy transportowej czy rodzinnej piekarni. Po drugie, CIT jest podatkiem od dochodu, nie od przychodu.
Po trzecie, przedsiębiorca nie ustala ceny według wzoru: podatek wzrósł o trzy punkty procentowe, więc dokładnie tyle dorzucę klientowi. Cenę ogranicza konkurencja, popyt, marża, koszty i to, ile klient jest gotowy zapłacić.
Owszem, część dodatkowego obciążenia może zostać przerzucona na konsumentów. Część może jednak obniżyć zysk albo wpłynąć na inwestycje czy wynagrodzenia. Nie da się więc uczciwie ogłosić z góry, że podwyżka CIT „wyzeruje” korzyści podatników z niższego PIT.
Można się spierać, czy 22-procentowy CIT dla największych firm jest dobrym pomysłem. Sam wolę stabilny i przewidywalny system podatkowy od ciągłego jego „poprawiania”. Ale najpierw chciałbym zobaczyć projekt i policzyć jego skutki. Tymczasem Pałac już zna odpowiedź.
Małe firmy? Tu naprawdę jest się czego czepić
Rządowy pakiet nie jest wolny od pomysłów, które zasługują na ostrą krytykę. Najbardziej niepokoi mnie zamiar obniżenia limitu przychodów pozwalającego przedsiębiorcy korzystać z ryczałtu z 2 mln euro do 250 tys. euro. Widzę w tym realny problem dla małych i średnich firm.
Więcej wpisów o podatkach
Milion złotych przychodu nie czyni z przedsiębiorcy oligarchy. Firma handlowa albo usługowa zatrudniająca kilka osób może taki poziom sprzedaży przekroczyć stosunkowo łatwo, choć jej faktyczny dochód będzie wielokrotnie niższy. Wyrzucenie takich przedsiębiorców z ryczałtu może oznaczać wyższe obciążenia, bardziej skomplikowaną księgowość i kolejną zmianę zasad gry.
O takich rzeczach chciałbym słuchać w dyskusji o reformie. Które firmy zapłacą więcej? Ile więcej? Kto skorzysta na zmianach PIT? Ilu przedsiębiorców straci prawo do ryczałtu? Zamiast tego dostaję opowieść, że wszystko jest PR-em i że obywatel ostatecznie i tak straci.
Najpierw wyrok, potem ustawa
Najbardziej wymowne jest jednak to, że Leśkiewicz sam przyznaje, iż projektu jeszcze nie zna. A chwilę później stwierdza:
To jest tylko zabieg PR-owski – ocenia.
Ciekawe, co ma na myśli? – zapytam złośliwie.
A poważnie, jak można rzetelnie analizować coś, czego – według własnych słów – jeszcze się nie zna? Prezydent oczywiście ma konstytucyjne prawo wetować ustawy. To jeden z bezpieczników polskiego ustroju. Problem zaczyna się wtedy, gdy weto przestaje być bezpiecznikiem, a zaczyna być narzędziem prowadzenia wojny z rządem.
Prezydent nie wetuje pojedynczego źle napisanego przepisu. Odrzuca całą ustawę, a do przełamania jego sprzeciwu potrzeba w Sejmie większości 3/5 głosów. To potężne narzędzie. I właśnie dlatego oczekiwałbym, że najpierw pojawi się projekt, później jego analiza, argumenty, a dopiero na końcu decyzja. Nie odwrotnie.
Tusk mnie zawiódł. Sabotaż wkurza mnie bardziej
Rząd zasługuje na kilka mocnych słów za niedotrzymanie obietnicy 60 tys. zł kwoty wolnej. Ale znacznie bardziej niebezpieczna wydaje mi się sytuacja, w której drugi ośrodek władzy uznaje, że jego podstawowym zadaniem jest niedopuszczanie do prowadzenia polityki przez przeciwników. Prezydent nie musi lubić rządu i Donalda Tuska. Nie musi też uważać jego reform podatkowych za dobre.
Ale jako podatnik i wyborca chciałbym, żeby najpierw przeczytał ustawę, zanim zabierze głos.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.