„To lekarze są winni”. Politycy wydali wyrok, gawiedź klaszcze

Stało się dokładnie tak, jak zapowiadałem. Lekarze stali się kozłami ofiarnymi. Głównym tematem nie są już zasady zarządzania publicznymi szpitalami, odpowiedzialność polityczna ani nadzór nad wydawaniem pieniędzy. Rozmawiamy o tym, ile zarabiają medycy. Politycy wydali wyrok. Internet wykonuje go z właściwą sobie delikatnością.

zmiany-kontrakty-nfz

W internecie hejt leje się strumieniami. Lekarze są przedstawiani jako pazerni, oderwani od rzeczywistości i gotowi ograniczyć leczenie, gdy państwo zetnie ich stawki. Krytyka konkretnych przypadków zmieniła się w akt oskarżenia wobec całej grupy zawodowej.

Najlepszy przykład: wpis Bartosza Fiałka. Dyskusja o zasadach wynagradzania lekarzy zamieniła się w opowieść o potworów bez serca, którzy szantażują pacjentów: albo wysokie stawki, albo mniej operacji. Bardzo wygodne. Zwłaszcza dla tych, którzy politycznie i organizacyjnie odpowiadają za ochronę zdrowia.

Cwany radny KO i cała reszta lekarzy

Obecna awantura nie zaczęła się od ogólnej dyskusji o zarobkach wszystkich lekarzy. Punktem wyjścia była konkretna sprawa Dawida Kacprzyka, młodego lekarza i radnego Koalicji Obywatelskiej. Z jego oświadczenia majątkowego wynikało, że w 2025 r. osiągnął około 1,6 mln zł dochodu z działalności lekarskiej. Dziennikarze Zero.pl dotarli do dokumentów, według których miał pracować w Szpitalu Południowym średnio 331 godzin miesięcznie. Pojawiły się pytania o jego aktywność publiczną w czasie wskazanym w grafikach jako dyżury. Potem sprawa stała się jeszcze bardziej polityczna.

Zero.pl opisało specjalną ścieżkę przyjęć, z której na SOR-ze mieli korzystać politycy KO oraz członkowie ich rodzin. Z ustaleń portalu wynikało, że niektórzy z nich mogli być obsługiwani szybciej niż pozostali pacjenci. Lekarz z ogromnymi dochodami. Były radny KO. Podejrzenia dotyczące politycznych VIP-ów przyjmowanych poza zwykłą kolejnością. Opozycja dostała materiał, którego nie trzeba było specjalnie poprawiać.

PiS i media sprzyjające tej partii szybko podchwyciły sprawę. Oskarżenia zostały skierowane w stronę Koalicji Obywatelskiej, władz Warszawy i ludzi odpowiedzialnych za nadzór nad szpitalem. Trudno mieć pretensje o stawianie pytań. Jeżeli dokumenty wskazują na absurdalną liczbę godzin pracy, trzeba to wyjaśnić. Jeżeli politycy mogli liczyć na specjalne traktowanie w publicznym szpitalu, sprawa wymaga kontroli. Jeżeli ktoś otrzymywał ogromne pieniądze, państwo powinno wiedzieć, za co płaciło.

Po publikacjach ruszyły kontrole NFZ i stołecznego ratusza, a Kacprzyk stracił pracę w Szpitalu Południowym. To była historia o konkretnym lekarzu, konkretnym szpitalu i konkretnych powiązaniach politycznych. Nie o całym środowisku.

Odwracanie kota ogonem. Już nie rozmawiamy o Kacprzyku

Chwilę później ciężar debaty zaczął się jednak przesuwać. Ministerstwo Zdrowia przedstawiło pakiet zmian, w którym znalazła się propozycja maksymalnej stawki wynoszącej 240 zł brutto za godzinę. Resort zapowiedział również większą jawność konkursów, raportowanie rzeczywistych grafików pracy do NFZ oraz ograniczenie nieprzejrzystych form zatrudnienia. Część tych propozycji trudno krytykować. Jeżeli państwo nie wie, gdzie i kiedy pracuje osoba opłacana z publicznych pieniędzy, problemem nie jest wysokość stawki. Problemem jest brak podstawowej kontroli.

Jawność kontraktów i weryfikacja czasu pracy lekarzy są potrzebne. Podobnie jak wyjaśnienie, dlaczego niektóre placówki płacą pojedynczym specjalistów kwoty, które trudno wytłumaczyć nawet ogromną odpowiedzialnością i liczbą wykonanych świadczeń.

Widzę jednak, że wraz z pojawieniem się projektu resortu zmienił się temat rozmowy. Zamiast pytać, kto odpowiadał za nadzór, zaczęliśmy się zastanawiać, ile powinni zarabiać lekarze. Sprytne. Nie wiem, czy taki był plan. Widzę efekt. Odpowiedzialność konkretnych osób rozpływa się w opowieściach o lekarzach milionerach. Oskarżenie było skierowane przeciw ludziom związanym z KO. Na ławie oskarżonych usiadło całe środowisko.

Fiałek napisał rzecz niewygodną. Internet dopisał sobie resztę

Bartosz Fiałek nie jest przypadkowym użytkownikiem internetu, który postanowił stanąć w obronie własnego portfela. To specjalista reumatologii, były zastępca dyrektora szpitala do spraw medycznych i kierownik oddziału. Od lat publicznie zabiera głos w sprawach ochrony zdrowia, a pacjenci chwalą go za wiedzę, zaangażowanie i empatię. Ma też wyraziste poglądy.

To ostatnie w mediach społecznościowych ma pewną wadę: zawsze znajdzie się kolejka chętnych do przeprowadzenia sekcji bez znieczulenia. Komentując propozycję limitu 240 zł za godzinę, Fiałek napisał:

Przy takiej propozycji to chirurg zoperuje jeden pęcherzyk w ciągu dnia pracy, a nie cztery. Po co więcej? Większe ryzyko, większa odpowiedzialność, więcej pracy, a wynagrodzenie takie samo – wskazał Bartosz Fiałek.

Widzicie w tym groźbę skierowaną do pacjentów? Ja widzę opis prostego mechanizmu ekonomicznego. Jeżeli system płaci tyle samo niezależnie od liczby wykonanych świadczeń, ich trudności oraz związanej z nimi odpowiedzialności, nie tworzy zachęty do większej aktywności.

Można uważać, że lekarz nie powinien potrzebować takiej zachęty. Można wskazywać, że chirurg wykonujący zbyt mało zabiegów nie zrealizuje kontraktu placówki. Można również argumentować, że wynagrodzenie zależne od liczby procedur grozi pracą na akord i premiowaniem pracy na akord kosztem jakości. To byłaby uczciwa dyskusja o sposobie organizacji publicznej ochrony zdrowia.

Więcej wpisów o nieciekawych stronach polskiej opieki zdrowotnej

Część komentatorów wybrała prostszą drogę. Z argumentu o wadliwych założeniach ekonomicznych ustawy nagle zrobiono groźbę: ograniczycie lekarzom zarobki, więc będą mniej operować. Pojawiły się oskarżenia o pazerność, szantażowanie pacjentów i stawianie pieniędzy ponad leczeniem.

Jedna z medialnych relacji poszła jeszcze dalej, przypisując Fiałkowi pogląd, że pacjenci powinni płacić więcej. Problem w tym, że wpis doktora Fiałka pojawił się w momencie, gdy internet szukał kolejnych dowodów na pazerność lekarzy. Znany medyk o wyrazistych poglądach, od lat budzący silne emocje, podał argument, który można było wyrwać z ekonomicznego kontekstu i przedstawić jako moralną deklarację całego środowiska.

Nie trzeba było analizować systemu wynagrodzeń i zastanawiać się, czy jednakowa stawka godzinowa rzeczywiście dobrze działa w poradni, na dyżurze i na bloku operacyjnym. Wystarczyło dopisać lekarzowi odpowiednie intencje.

Pokaż lekarzu, co masz w garażu

Ten mechanizm ćwiczymy już prawie 20 lat. W 2007 r., podczas protestów medyków, Ludwik Dorn, ówczesny poseł PiS, wypowiedział słowa, które przeszły do historii: „pokaż lekarzu, co masz w garażu”. Sens był czytelny. Zamiast rozmawiać o kondycji ochrony zdrowia, należało zajrzeć lekarzom do kieszeni.

Dziś nie trzeba sprawdzać garaży. Mamy oświadczenia majątkowe, faktury i paski w telewizji. Zmieniły się narzędzia. Polityczna metoda pozostała skuteczna. Jest w tym jednak pewna ironia.

Późniejsze rządy PiS próbowały zatrzymać odpływ lekarzy, zwiększały ich wynagrodzenia oraz liczbę miejsc na studiach medycznych. Partia przedstawiała poprawę warunków pracy i ograniczenie emigracji specjalistów jako własne osiągnięcia. PiS raczej nie prowadzi otwartej wojny z całym środowiskiem. Koncentruje się na sprawie lekarza powiązanego z KO i podejrzeniach dotyczących politycznych przywilejów.

To logiczne. Dla opozycji znacznie bardziej opłacalna jest historia o władzy, która stworzyła swoim ludziom osobny system leczenia, niż kolejna wojna ze wszystkimi lekarzami. Problem polega na tym, że im bardziej debata przesuwa się na zarobki całego środowiska, tym mniej rozmawiamy o politykach.

Operacja zakończyła się sukcesem

Nie bronię każdego lekarskiego kontraktu. Jeżeli lekarz zarabia setki tysięcy złotych miesięcznie, państwo ma obowiązek sprawdzić, za co płaci. Jeżeli publiczne pieniądze trafiają do osób uprzywilejowanych dzięki politycznym powiązaniom, odpowiedzialni powinni ponieść konsekwencje.

Pamiętajmy jednak, że lekarz nie podpisuje kontraktu sam ze sobą. Po drugiej stronie siedzi dyrekcja placówki. Nad nią znajduje się właściciel szpitala, NFZ, resort zdrowia i cały system nadzoru. To politycy ustalają zasady finansowania, wyceny świadczeń i ramy działania publicznej ochrony zdrowia.

Od kilku lat zarządzają systemem, który dopuszczał ogromne kontrakty, wielogodzinne dyżury i walkę szpitali o tych samych specjalistów. Teraz odkryli skutki własnych decyzji i szybko znaleźli winnych. Jak zwykle, sobie nic nie mają do zarzucenia.

Arek Braumberger
Redaktor

Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.