Dobrze się stało, że milionowe kontrakty lekarskie, gigantyczne faktury i dziwne umowy w publicznych szpitalach wyszły na światło dzienne. To brzmi brutalnie, bo mówimy o ochronie zdrowia, pacjentach i instytucjach, które od lat tłumaczą się brakiem pieniędzy. Gorzej, gdyby wszystko znów zostało zamiecione pod dywan.

Ochrona zdrowia ma dwa problemy naraz. Po pierwsze, jest drastycznie niedofinansowana. Po drugie, tam, gdzie pieniądze już są, państwo pozwala, żeby się z nimi działy dziwne rzeczy. O tym paradoksie mówił w TVN24 prof. Dawid Murawa, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu i chirurg onkolog. Pytany o wysokie wynagrodzenia lekarzy przy jednoczesnym braku środków w systemie, odpowiedział krótko: „rzeczywiście jest to paradoks”.
To dobry start, ale zła meta. Nie wystarczy powiedzieć, że mamy paradoks. Trzeba wreszcie wejść do środka tej stajni Augiasza i sprawdzić, kto podpisuje umowy, kto kontroluje ich wykonanie, dlaczego szpitale godzą się na skrajnie niekorzystne warunki i dlaczego pacjent ma potem słyszeć, że pieniędzy znów zabrakło.
Skandal nie jest chorobą. Jest objawem
Dyskusję rozpaliła sprawa Szpitala Południowego w Warszawie. Dawid Kacprzyk, lekarz w trakcie specjalizacji i koordynator SOR, zarobił w 2025 r. ponad 1,6 mln zł. Według ustaleń portalu przepracował 3976 godzin, czyli średnio 331 godzin miesięcznie. Sprawa wywołała kontrole i polityczną burzę.
Jeszcze inny przykład opisała Wirtualna Polska. Według ustaleń portalu spółka neurochirurgów miała wystawiać szpitalom rachunki na 26 tys. zł za godzinę i ponad 300 tys. zł za dniówkę. W szpitalu w Mogilnie lekarze mieli dostawać 65 proc. wyceny NFZ za zabieg, a placówce zostawało 35 proc., mimo że to ona zapewniała salę, personel pomocniczy i zaplecze. Na szpital nałożono ponad 2,6 mln zł kary.
Obecny dyrektor szpitala w Mogilnie Sebastian Jankiewicz mówił WP, że maksymalne rynkowe warunki dla lekarzy to 30-40 proc. wyceny, „ale nie 65 proc.”. To zdanie jest ważniejsze niż sama kwota 26 tys. zł za godzinę, bo pokazuje istotę problemu: publiczna placówka podpisała umowę, którą trudno obronić biznesowo.
Trzeba bardzo uważać, żeby nie skręcić w tanią opowieść o „pazernych lekarzach”. Lekarz może zarabiać dużo. Dobry specjalista ratujący zdrowie i życie pacjentów nie powinien być skazany na pensję z czasów budżetowej fikcji. Problem zaczyna się tam, gdzie wysoka stawka przestaje być ceną za realną wartość, a staje się efektem bezradności publicznej instytucji.
Publiczny szpital nie może płacić w ciemno
Publiczny szpital nie działa jak normalna firma. Nie może po prostu zamknąć nierentownego oddziału, podnieść cen pacjentom albo odmówić świadczeń, gdy rachunek przestaje się spinać. Gdy brakuje specjalistów, dyrektor negocjuje z pistoletem przy skroni. Albo podpisze drogą umowę, albo oddział przestanie działać, kolejka urośnie, a pacjenci zostaną bez pomocy.
Słaba pozycja negocjacyjna nie może jednak dawać alibi dla każdej faktury. Jeżeli szpital płaci dużo, musi umieć pokazać, dlaczego tyle płaci, komu płaci, za co płaci i jaki efekt dostaje pacjent. Bez tej odpowiedzi każda kolejna afera będzie wyglądać tak samo: najpierw oburzenie, potem kontrola, potem polityczna konferencja, a na końcu stary system wróci do działania.
Prof. Murawa w TVN24 powiedział też, że przy obecnej skali wynagrodzeń i zadłużenia „coś nie gra”. I to jest najdelikatniejszy możliwy opis sytuacji. Dane Związku Powiatów Polskich pokazują, że w 2025 r. całkowite koszty działalności operacyjnej 207 analizowanych szpitali powiatowych wyniosły 30,8 mld zł. Wynagrodzenia przekroczyły 12,5 mld zł, a po doliczeniu ubezpieczeń społecznych i świadczeń pracowniczych udział kosztów pracy był jeszcze wyższy. Do tego dochodziły usługi usługi kupowane przez szpital od zewnętrznych firm albo osób, warte niemal 9,4 mld zł, w tym blisko 7,8 mld zł usług medycznych obcych, czyli także kontraktów.
Więcej wpisów o ochronie zdrowia
Autorki raportu ZPP zwracają uwagę, że kontrakty też trzeba liczyć jako koszt personelu. To pozornie techniczna uwaga, ale dla debaty publicznej kluczowa. Gdy patrzymy tylko na etaty, nie widzimy pełnego rachunku. Część kosztów pracy lekarzy i personelu medycznego siedzi w fakturach, usługach zewnętrznych i spółkach.
Szpitale toną, ale nie tylko przez pensje
Raport ZPP nie zostawia złudzeń: luka finansowa analizowanych szpitali powiatowych przekroczyła 1,86 mld zł, a aż 91 proc. jednostek zakończyło 2025 r. stratą na sprzedaży. Termedia, omawiając opracowanie, podaje też, że koszty finansowe tych placówek wyniosły 358,84 mln zł, z czego niemal 344,04 mln zł stanowiły same odsetki. To pieniądze, które mogłyby pracować dla pacjentów, ale idą na obsługę długu.
W takim systemie każda zła umowa boli podwójnie. Nie dlatego, że publiczna ochrona zdrowia ma za dużo pieniędzy. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że ma ich za mało, a jednocześnie nie potrafi wystarczająco dobrze pilnować tych, które już ma.
To jest najważniejszy wniosek z ostatnich afer. Nie da się naprawić szpitali samym obcinaniem „kominów płacowych”. Nie da się ich też naprawić prostym dosypywaniem pieniędzy bez kontroli. Więcej pieniędzy bez reformy będzie dolewaniem do dziurawego wiadra. Reforma bez pieniędzy będzie tylko kolejnym komunikatem prasowym.
Na zdrowie wydajemy mało. I to widać
W tle jest jeszcze jeden niewygodny fakt. Polska lubi dziś wypinać pierś do orderów za wydatki na zbrojenia. Nasze położenie geograficzne nie zostawia wielkiego komfortu. Według danych NATO przytaczanych Polska ma w 2026 r. wydać na podstawową obronność 4,68 proc. PKB, co stawia nas w ścisłej czołówce Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Bezpieczeństwo państwa nie kończy się jednak na armii. Obywatel chroniony przez nowoczesne czołgi, ale czekający miesiącami na diagnostykę, operację albo wizytę u specjalisty, żyje w państwie tylko częściowo bezpiecznym.
OECD i European Observatory w profilu „State of Health in the EU 2025” pokazują, że wydatki na zdrowie w Polsce w 2023 r. wynosiły 7,2 proc. PKB wobec 10 proc. średnio w UE. W przeliczeniu na mieszkańca było to 2266 euro wobec 3832 euro średnio w Unii. Autorzy profilu piszą wprost, że mimo wzrostu nakładów w ostatnich dwóch dekadach poziom wydatków na zdrowie w Polsce pozostaje jednym z najniższych w UE.
Te liczby nie są żadną abstrakcja. Ta różnica zamienia się w kolejki, niedobór personelu, zmęczone oddziały, odkładane inwestycje i coraz większą frustrację pacjentów. W tym samym raporcie wskazano, że w 2023 r. Polska miała 3,9 lekarza praktykującego na 1000 mieszkańców wobec 4,3 średnio w UE oraz 5,9 pielęgniarki na 1000 mieszkańców wobec 8,5 średnio w UE. OECD zwraca uwagę, że niedobory kadr dotyczą szczególnie konkretnych specjalizacji i regionów.
W tym miejscu wali się argumentacja, że wystarczy przyciąć lekarzom wynagrodzenia. Polska potrzebuje lekarzy, pielęgniarek, ratowników, diagnostów i fizjoterapeutów. I z roku na rok będzie ich potrzeba coraz więcej.
Rząd chce zaglądać w zarobki. To dopiero początek
Premier Donald Tusk zapowiedział walkę z kominami płacowymi w ochronie zdrowia. Chce sprawdzać, „kto ile i w ilu miejscach dostaje ze środków publicznych”. Szef rządu przekonywał w ten sposób też, że celem jest eliminowanie nadużyć, które psują zaufanie do systemu i zawodu.
Sam rejestr wynagrodzeń nie naprawi szpitali, jeśli państwo nie odpowie na kilka trudniejszych pytań. Kto zatwierdzał umowy? Jak wyglądały konkursy ofert? Czy świadczenia były realnie wykonane? Czy wyceny NFZ zachęcają do obchodzenia reguł? Czy dyrektorzy mają narzędzia, żeby negocjować z deficytowymi specjalistami? Czy kontrola pojawia się przed szkodą, czy dopiero po medialnej aferze?
Prof. Murawa powiedział w TVN24, że przy wynagrodzeniach środowisko powinno „uderzyć się w piersi”. To ważne, ale za mało. W piersi powinni uderzyć się także politycy, urzędnicy, dyrektorzy, organy właścicielskie, NFZ i wszyscy, którzy przez lata woleli nie patrzeć zbyt uważnie, jak naprawdę płyną pieniądze w publicznej ochronie zdrowia.
Dobrze, że wreszcie to widać
Ta afera nie może się skończyć się prostym wnioskiem: lekarze zarabiają za dużo. Takie twierdzenie jest wygodne, efektowne i skrajnie niesprawiedliwe. To państwo przez lata pozwalało, by ochrona zdrowia było jedną wielką improwizacją. Za mało pieniędzy. Za mało kadr. Za dużo długu. Za mało kontroli. Za dużo wyjątków od reguł. Za dużo politycznych zaklęć „jakoś to będzie”. Aż w końcu przestało się spinać.
Dobrze, że temat wybuchł. Nie dlatego, że Polsce potrzebne jest polowanie na lekarzy, ale dlatego, że dłużej nie da się udawać, iż problem nie istnieje. Publiczny system ochrony zdrowia nie może być jednocześnie niedofinansowany, zadłużony, kadrowo wyczerpany i nieprzejrzysty finansowo. To przepis na kolejne kryzysy.
Stajni Augiasza nie sprząta się konferencją prasową. Trzeba wejść do środka. Bez tego każda reforma ochrony zdrowia będzie tylko operacją na otwartym portfelu podatnika. I kolejnym rachunkiem wystawionym pacjentowi.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.