Z pustego i Donald nie naleje. Gdzie jest 60 tys. kwoty wolnej? – grzecznie pytam
Przed wyborami w 2023 roku obecnie rządzący naobiecywali Polakom prezentów bez oglądania się na pieniądze. Miało być 60 tys. zł kwoty wolnej i gruntowna reforma podatku Belki, same konkrety na 100 pierwszych dni. Teraz – przeddzień kolejnych wyborów – rozpaczliwie próbują przekonać obywateli, że stają na wysokości zadania. Efekt jest koślawy i poraża prowizorką.

1000 dni – tyle wkrótce minie od zaprzysiężenia rządu Donalda Tuska. Kwota wolna nadal wynosi 30 tys. zł, a sztandarowa obietnica jej podwojenia pozostaje obietnicą. Dobrze wiem dlaczego. Po wyborach zaczęło się liczenie – nie głosów, kasy – i okazało się, że podniesienie kwoty wolnej do 60 tys. zł kosztowałoby budżet z 50 mld zł rocznie. Przy gigantycznym deficycie, rosnących wydatkach na obronność i unijnej procedurze nadmiernego deficytu nie stać nas na takie luksusy.
W międzyczasie rządowi wyskoczył problem:
Coraz więcej Polaków zaczęło wpadać w 32 proc. PIT
Drugi próg podatkowy od 2022 r. stoi na poziomie 120 tys. zł dochodu. Wynagrodzenia w tym czasie mocno wzrosły. Efekt? W 2022 r. próg przekroczyło około 700 tys. podatników. W 2023 r. było ich 1,3 mln, w 2024 r. 1,9 mln, a w 2025 r. około 2,4 mln. Państwo nie musiało podnosić podatków. Wystarczyło nie ruszać progu. I właśnie ten problem rząd chce teraz naprawić.
Od 2027 r. do 130 tys. zł dochodu nadal mamy płacić 12 proc. PIT. Między 130 a 150 tys. zł pojawi się nowa stawka 24 proc., a dopiero nadwyżka ponad 150 tys. zł zostanie objęta stawką 32 proc.

Nie jest to jednak reforma dla wszystkich. Przy 11 tys. zł brutto miesięcznie pracownik praktycznie nic nie zyska. Przy 12 tys. zł korzyść wyniesie około 252 zł rocznie, przy 13 tys. zł – około 2129 zł, a przy 14 tys. zł – niemal 3 tys. zł. Maksymalny zysk pojawi się przy pensji około 14,8 tys. zł brutto i wyniesie około 3600 zł rocznie. Rząd ulgę kieruje przede wszystkim do dobrze zarabiających ludzi, których inflacja i wzrost nominalnych pensji coraz szybciej wpychają w drugi próg. Tak się przy tym składa, że zmiana ma zacząć obowiązywać w roku wyborczym.
Więcej w Bizblog Spider's Web o podatkach:
Rachunek dostaną firmy i przedsiębiorcy
Problem w tym, że nowych progów nie sfinansuje powietrze. Koszt zmian w PIT sięga około 6 mld zł rocznie. Rząd chce odzyskać te pieniądze gdzie indziej. Największe firmy mają płacić 22 zamiast 19 proc. CIT. Wzrosnąć ma też danina solidarnościowa dla najlepiej zarabiających. Do tego przedsiębiorcom mocno ograniczona zostanie możliwość korzystania z ryczałtu. I właśnie ten ostatni pomysł budzi moje największe wątpliwości. Limit ryczałtu ma spaść z 2 mln do 250 tys. euro przychodów. Przychód nie jest dochodem. Firma może mieć milionowe obroty i bardzo przeciętny zysk. Dlatego opowiadanie o odbieraniu przywilejów „milionerom” w przypadku małych przedsiębiorców jest – delikatnie mówiąc –nadużyciem

Kilka milionów pracowników zapłaci mniej. Duże firmy, najlepiej zarabiający i część przedsiębiorców mają zapłacić więcej. Można uznać taki podział za sprawiedliwy albo niesprawiedliwy. Problem mam z czymś innym. Rząd nadal nie proponuje automatycznej waloryzacji progów podatkowych. Naprawia skutek, ale nie przyczynę. Jeżeli nowe granice znowu zostaną zamrożone na kilka lat, wzrost wynagrodzeń ponownie wepchnie miliony ludzi w wyższe stawki. I za kilka lat kolejny rząd będzie mógł ogłosić kolejną wielką „ulgę”. To właśnie jest prowizorka.
Nowa reforma kosztuje kilka miliardów złotych rocznie. Podwojenie kwoty wolnej kosztowałoby dziesiątki miliardów. Rozumiem więc, dlaczego minister finansów wybiera rozwiązanie tańsze. Rozumiem także potrzebę podniesienia progów. Uważam nawet, że rząd powinien zrobić to wcześniej. Nie zamierzam tylko udawać, że w ten sposób spełnia wyborcze obietnice. 60 tys. zł kwoty wolnej nie wymyśliłem ja. To politycy wpisali ją do swoich konkretów i sami wyznaczyli termin 100 dni. Minęło 981.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.