Prezydent znów „błysnął” w sprawie ETS. Eksperci szybko go wyjaśnili
Karol Nawrocki chce urządzić Polakom referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej. Ma być poważnie, narodowo i w obronie naszych portfeli. Problem w tym, że głowa państwa wzięła się za problem, który go ewidentnie przerasta. Myli skutki z przyczynami, przemilcza niewygodne fakty i nadal sugeruje Polakom, że wszystkiemu winna Bruksela. „Wszystkiemu”, czyli dokładnie czemu?

Referendum, którego domaga się prezydent Nawrocki to przedsięwzięcie robione pod publiczkę, mające podgrzać atmosferę przed wyborami. Pytanie ma być proste, emocje silne, a odpowiedzialność rozmyta. Prezydent zamiast uczestniczyć w europejskich negocjacjach i proponować konkretne rozwiązania chce zapytać obywateli, czy lubią wysokie ceny, drogi prąd i upadające fabryki. Nietrudno zgadnąć, jakiej odpowiedzi oczekuje.
Fundacja Instrat, jedna z najpoważniejszych polskich instytucji analitycznych zajmujących się energetyką, gospodarką i transformacją, odniosła się do najważniejszych tez z prezydenckiego uzasadnienia. Punkt po punkcie. I nie jest to miły obraz dla głowy państwa.
Prezydent ogłosił katastrofę, zanim zakończyły się negocjacje
Karol Nawrocki uznał propozycję rewizji systemu EU ETS z 17 lipca 2026 r. za jednoznacznie negatywną. Nie odpowiada ona – jego zdaniem – na problemy europejskiego przemysłu. Nie ma dla niego znaczenia, że ostatecznego kształtu reformy jeszcze nie ma i nikt jej nie zna. Komisja Europejska przedstawiła propozycję. Teraz będą ją negocjować państwa członkowskie i Parlament Europejski. Polska może więc walczyć o poprawki, budować koalicje i domagać się rozwiązań korzystniejszych dla naszego przemysłu.
Prezydent wolał jednak ogłosić klęskę. Instrat zwraca też uwagę, że Komisja odpowiedziała na najważniejsze postulaty przemysłu energochłonnego, także polskiego. Nie chce od razu obciążyć hut i cementowni pełnym rachunkiem za emisje. Daje im darmowe uprawnienia i czas na modernizację, ale oczekuje, że rzeczywiście zaczną inwestować w zielone technologie.
Zaproponowana warunkowa alokacja uprawnień daje przemysłowi przestrzeń na inwestycje i czas do działania. Najważniejsze, żeby ten kupiony czas nie został tym razem zmarnowany – wskazują eksperci Fundacji Instrat.
Można spierać się, czy propozycja Komisji jest wystarczająca. Można żądać większej ochrony hut, cementowni, zakładów chemicznych i producentów nawozów. Ale to zupełnie inna rozmowa niż prezydencka opowieść o Brukseli, która właśnie postanowiła wyłączyć europejski przemysł. Prezydent nie proponuje, jak poprawić reformę. On potrzebuje reformy złej z definicji, bo bez niej cała konstrukcja referendum zaczyna się chwiać.
Chiny nie czekały na referendum
W uzasadnieniu Karol Nawrocki ostrzega, że polityka klimatyczna zwiększa zależność Europy od Chin. Przywołuje dominację chińskich producentów paneli fotowoltaicznych, baterii i samochodów elektrycznych. Diagnoza zależności jest prawdziwa. Wyjaśnienie jej przyczyn już niekoniecznie.
Jak zauważa Instrat, Chiny zdobyły przewagę przede wszystkim dzięki agresywnej polityce przemysłowej. Przez lata subsydiowały produkcję, wspierały eksport, rozwijały całe łańcuchy dostaw i chroniły własny rynek. Nie siedziały i nie czekały, aż ktoś przeprowadzi referendum. Europa natomiast za długo wierzyła, że rynek wszystko załatwi sam, teraz płaci za tę naiwność.
Odpowiedzią powinny być europejskie inwestycje, subsydia, cła i wsparcie własnych technologii. Jednym ze źródeł pieniędzy na taką modernizację ma być właśnie ETS. Prezydent przedstawia ten system wyłącznie jako drakoński haracz. Instrat przypomina, że środki z niego mają wracać do gospodarki i finansować zmianę technologii.
ETS to nie kara, to bodziec inwestycyjny – podkreślają eksperci Fundacji Instrat.
Oczywiście bodziec może być źle zaprojektowany. Pieniądze można zmarnować, pomoc może przyjść za późno, a biurokracja może skutecznie zniechęcić firmy do inwestycji. Wtedy należy naprawiać system. Nie udawać, że problem zniknie, gdy Polacy postawią krzyżyk w odpowiedniej kratce.
Prezydent znalazł winnego. Szkoda, że nie tego
Nawrocki przekonuje, że polityka klimatyczna niszczy tradycyjne, energochłonne gałęzie przemysłu: hutnictwo, produkcję aluminium, chemię i nawozy. Instrat odpowiada: znacznie większym problemem jest cena gazu. W Unii Europejskiej jest on średnio pięć-siedem razy droższy niż w Stanach Zjednoczonych. To właśnie ta różnica brutalnie uderza w konkurencyjność europejskich fabryk.
Europa nie ma wystarczających zasobów ropy i gazu. Musi je importować. Płaci więc nie tylko wysoką cenę, ale także rachunek za polityczne i wojenne ryzyko. Każdy konflikt, kryzys transportowy czy napięcie na Bliskim Wschodzie może natychmiast uderzyć w ceny energii. Jeżeli prezydent naprawdę chce bronić polskiego przemysłu, powinien wyjaśnić, jak zamierza ograniczyć tę zależność. Zamiast tego atakuje politykę, której jednym z głównych celów jest właśnie zmniejszenie zużycia importowanych paliw.
Jeszcze bardziej kłopotliwe jest pytanie Instratu o ustawę wiatrakową. Skoro Nawrocki chce tańszej energii, dlaczego zawetował przepisy, które miały ułatwić rozwój jednego z najtańszych krajowych źródeł prądu? Można mieć zastrzeżenia do lokalizacji turbin. Można domagać się większej ochrony mieszkańców. Nie można jednak blokować inwestycji w krajową energię, a chwilę później występować jako obrońca firm przed drogim prądem. To nie jest spójna polityka. To próba jednoczesnego wciskania gazu i hamulca, a potem obwiniania Brukseli, że samochód nie jedzie.
Nawet inflacja nie chce współpracować z prezydentem
Unijna polityka klimatyczna – czytamy w prezydenckim uzasadnieniu – podnosi ceny energii, ciepła, paliw, transportu, żywności i usług, a przez to napędza inflację. Brzmi groźnie. Tyle że kalendarz psuje tę opowieść. Instrat przypomina, że najwyższe ceny uprawnień do emisji zanotowano w 2023 r. Tymczasem inflacja w Polsce znajduje się obecnie w pobliżu celu NBP. ETS nie zniknął, a inflacja spadła. Mamy cud.
Nie oznacza to, że system nie ma wpływu na ceny. Energia jest obecna w kosztach niemal każdego produktu i każdej usługi. Ale na rachunki wpływają również ceny gazu, ropy, węgla, kurs złotego, podatki, marże i sytuacja geopolityczna. Prezydent bierze skomplikowany problem i wycina z niego jeden wygodny element. Potem przedstawia go jako główną przyczynę wszystkich nieszczęść. Tak buduje się kampanię, a nie poważną politykę gospodarczą.
Nawet 100 mln zł za pytanie, na które znamy odpowiedź
Ostatnie referendum ogólnokrajowe kosztowało blisko 71,6 mln zł. Kolejne, po uwzględnieniu wyższych kosztów pracy, druku, transportu i obsługi informatycznej, może kosztować nawet około 100 mln zł. I właśnie tyle możemy zapłacić za polityczny spektakl. Co właściwie ma wynikać z odpowiedzi na pytanie o realizację przez Polskę polityki klimatycznej Unii Europejskiej?
Dowiedz się więcej na temat ETS
Unijna polityka klimatyczna to dziesiątki regulacji i tysiące stron przepisów. Można popierać rozwój energetyki odnawialnej, ale sprzeciwiać się ETS2. Można chcieć ochrony przemysłu, ale jednocześnie popierać opłaty za emisje. Można domagać się wolniejszej transformacji, nie chcąc jej zatrzymania.
Prezydent chce całą tę skomplikowaną rzeczywistość sprowadzić do dwóch kratek: tak albo nie. Jeżeli wygra „nie”, rząd ma negocjować korzystniejsze warunki, walczyć o wyjątki i chronić obywateli oraz firmy przed kosztami transformacji. Czyli ma robić dokładnie to, co powinien robić bez referendum.
Jeśli prezydent sprzeciwia się określonym rozwiązaniom polityki UE, powinien aktywnie angażować się politycznie i w negocjacje w Brukseli, zamiast przerzucać odpowiedzialność za swoje decyzje na referendum – ocenia Fundacja Instrat.
To właściwie zamyka sprawę.
Referendum nie dostarczy nowych informacji. Wiemy, że Polacy chcą tańszej energii, bezpiecznych miejsc pracy i konkurencyjnego przemysłu. Nie trzeba wydawać 100 mln zł, żeby to ustalić. Trzeba natomiast zdecydować, skąd ma pochodzić energia, kto zapłaci za modernizację fabryk i jak ograniczyć zależność od importu paliw. Właśnie przed tymi pytaniami prezydencka inicjatywa umyka.
Łatwiej urządzić głosowanie, niż rozwiązać problem
Michał Grabka z Fundacji Instrat sprowadza całą dyskusję do jednego konkretnego przykładu.
To, ile kosztować będzie przejechanie stu kilometrów czy ogrzanie domu w zimie, nie powinno zależeć od tego, czy przez Cieśninę Ormuz da się przepłynąć statkiem – mówi Michał Grabka, kierownik programu badawczego Energia i Klimat w Fundacji Instrat.
I tu prezydenckie uzasadnienie ostatecznie sypie. Nawrocki mówi o suwerenności, ale broni gospodarki zależnej od importowanej ropy i gazu. Mówi o taniej energii, ale wetuje rozwiązania, które mogły zwiększyć krajową produkcję. Chce ratować przemysł, ale zamiast uczestniczyć w negocjacjach nad ETS, proponuje referendum przeciwko polityce klimatycznej. To referendum nie ma rozwiązać problemu. Ma podgrzać emocje przed przyszłorocznymi wyborami i zmobilizować wyborców. Szkoda, że wszyscy musimy się zrzucić na tę szopkę.
Fot. KSikorski/Shutterstock
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.