Co ten rząd wyprawia z magazynami energii? Najpierw daje pieniądze, potem każe dopłacać
To już nie jest sprzęt AGD. Aby zamontować w domu większy magazyn energii, trzeba wypełnić wielostronicowe zgłoszenie i dodatkowo zapłacić. Maciej Borowiak, prezesa Stowarzyszenia Branży Fotowoltaicznej i Magazynowania Energii, twierdzi, że właśnie w ten sposób rzuca się kłody pod koła transformacji energetycznej.

Polska transformacja energetyczna nie dość, że nie potrafi tak naprawdę ruszyć z miejsca, to w dodatku co chwilę wpada w biurokratyczne zakręty, które wybijają z rytmu. Przykład? Domowe magazyny energii, o pojemności powyżej 30 kWh. Do tej pory traktowane były przez instalatorów, jak zwykłe AGD, ale teraz wymagają zgłoszenia urzędnikom nadzoru budowlanego.
Nie dość, że trzeba przebrnąć przez wielostronicowe zgłoszenie, to trzeba jeszcze przy tej okazji sięgnąć głębiej do kiszeni - po 1500 zł opłaty. O ocenę takich a nie innych regulacji, wycelowanych w domowe magazyny energii, poprosiliśmy Macieja Borowiaka, prezesa Stowarzyszenia Branży Fotowoltaicznej i Magazynowania Energii (SBFiME). Czy jego zdaniem takie przepisy prawa mogą wyhamować naszą transformację?
Wyhamować to za łagodne słowo. Jeśli do każdej domowej baterii trzeba zatrudnić projektanta, zapłacić 1500 złotych za dokumentację i czekać na decyzję urzędu, to zwykła rodzina po prostu z tego rezygnuje. Szczególnie, że wiele osób i tak kupuje magazyn z dotacji, gdzie każda złotówka jest rozliczona. Koszt biurokracji może dosłownie zeżreć marżę całej inwestycji - nie ma wątpliwości Borowiak.
Magazyny energii: o bezpieczeństwie nie decyduje pieczątka urzędnika
Szef SBFiME zwraca uwagę, że za te 1500 zł wydanych na dokumentację, niezbędną przy większych, domowych magazynach energii - można kupić połowę falownika. A w ten sposób wydaje się te pieniądze na papier.
Doświadczenia z dokumentem uzgodnień z inspektorem PPOŻ, które trzeba uzgodnić w przypadku instalacji fotowoltaicznej o mocy 6,5 kWp pokazują, że te dokumenty trafiają wysoko na półkę. Żeby było jasne, to nie jest tak, że magazyn energii powinien być kompletnie bez żadnych zasad. Ale te zasady powinny dotyczyć urządzenia, nie budynku. Certyfikat producenta, czujka dymu, standardowe zgłoszenie do zakładu energetycznego. Tyle. Tak to wygląda w całej zachodniej Europie - twierdzi Maciej Borowiak.
Wychodzi więc na to, że w Polsce znowu nie dość, że mamy inaczej niż inni, to jeszcze pod górkę. Żeby nie było za łatwo. Dlaczego?
Nie chciałbym nikogo urazić, ale mam poczucie, że to wynika z braku zrozumienia technologii, a przede wszystkim braku chęci jej zrozumienia. Bywam na różnych spotkaniach i stąd takie mam wnioski. To trochę tak jakby każdy, kto kupuje samochód, musiał przejść procedurę certyfikacji lotniska, bo w obu przypadkach mamy do czynienia z paliwem - odpowiada prezes Borowiak.
Tymczasem wystarczyłoby zacząć od zrozumienia, na jakie zasadzie działa owoczesna bateria litowo-jonowa, której wbudowana elektronika monitoruje temperaturę co sekundę i odcina zasilanie zanim cokolwiek się zdąży rozgrzać.
O bezpieczeństwie decyduje producent i jego certyfikat, nie grubość ściany w garażu i nie pieczątka w urzędzie nadzoru budowlanego - przypomina mój rozmówca.
Czy państwo ufa certyfikatom producenta?
Borowiak przekonuje, że przy takich a nie innych regulacjach, dotyczących domowych magazynów energii, koszt biurokracji może dosłownie zeżreć marżę całej inwestycji. A przecież, co warto podkreślać, bez przydomowych magazynów cały system elektroenergetyczny dostaje zadyszki.
Mamy w Polsce 1,7 mln instalacji słonecznych, które w południe produkują prąd, którego sieć nie jest w stanie przyjąć. Efekt? Operatorzy sieci wyłączają instalacje odgórnie. Energia ze słońca, za którą zapłaciliśmy z własnej kieszeni, ląduje w powietrzu. Magazyn przy domu to jedyne sensowne rozwiązanie tego problemu, bo zatrzymuje energię tam gdzie powstaje. Zamiast to ułatwiać, dokładamy papierową górę - twierdzi prezes SBFiME.
Więcej o magazynach energii przeczytasz w Bizblog Spider’s Web:
Maciej Borowiak uważa, że traktując tak domowe magazyny energii idziemy dokładnie w przeciwnym kierunku, co reszta. I podaje przykład Niemiec, gdzie kupuje się baterię, montuje, wysyła mailem zgłoszenie do operatora sieci i wpis do centralnego rejestru. I na tym cała procedura się kończy. Bo państwo ufa certyfikatowi producenta.
U nas rząd jedną ręką dotuje zakup magazynów energii, a drugą ręką funduje procedury, które sprawiają że instalacja przestaje się opłacać. To jest sprzeczność wewnątrz tego samego rządu, której naprawdę nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć - twierdzi Borowiak.
Na koniec przypomina, że u naszych zachodnich sąsiadów tamtejszy rząd nie tylko nie utrudnia, ale dopłaca przez system podatkowy. Ww Niemczech magazyny energii o pojemności do 30 kWh są objęte zerową stawką podatku VAT.
Dziennikarz serwisu Bizblog.pl. Zawodowo pisze już od ćwierć wieku. Dawniej m.in. Goniec Górnośląski, Dziennik Zachodni, Magazyn Gospodarczy „Fakty”. Współpracował m.in. z Miesięcznikiem Finansowym „Bank”. Zajmuje się głównie sprawami gospodarczymi - z obszaru energetyki i jej transformacji. Pisze o górnikach, hutnikach, energetykach, odnawialnych źródłach energii, a także o polityce jądrowej, czy przyszłej strategii wodorowej. Nie obce mu są też tematy związane ze skutkami biznesowymi następujących już zmian klimatu. Specjalizuje się również w kwestiach związanych z usytuowaniem prawnym tak marihuany rekreacyjnej, jak i jej medycznej odmiany.