REKLAMA

Wolny i zacofany jak prawdziwy Polak. W naszym kraju kwitnie obskurantyzm

Mamy kolejną awanturę. Jeden szkolny obiad w tygodniu MOŻE być całkowicie roślinny i oparty na strączkach. W kraju, który tak wielu ludzi lubi podkreślać przywiązanie do katolickiej tradycji, posiłek bezmięsny w piątek nie powinien wywoływać większych emocji. Tymczasem mamy kolejny wybuch dzikiej histerii.

Wolny i zacofany jak prawdziwy Polak. W naszym kraju kwitnie obskurantyzm

Zaczęło się od dyskusji o szkolnych stołówkach, skończyło na „tresowaniu dzieci”, „cymbałach z Warszawy” i raku trawiącym polskie państwo. Patrzę na tę awanturę, przypominam sobie wcześniejszą histerię wokół edukacji zdrowotnej, słucham opowieści o szczepionkach i „big pharmie” i mam coraz silniejsze wrażenie, że w Polsce źle się dzieje.

Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, notabene wiceprzewodniczący Rady Dialogu Społecznego, nakręcił się w piątek jak Patek na nadgarstku szefa PKOl.

W historii ze stołówkami najgorsze jest to, że jakiś cymbał w Warszawie uważa, że wie lepiej od ludzi w Krasnymstawie czy Sanoku, co mają jeść ich dzieci. Politycy i ich chore ambicje i urojenia wyższościowe, stają się najgorszą zarazą, jaka dotyka nasz kraj – napisał Kaźmierczak.

Potem poszedł jeszcze dalej.

A co jak ktoś sobie nie życzy, żeby jakiś cymbał tresował jego dzieci? Ja sobie na przykład nie życzę i proszę się ode mnie odpi...ć – wypalił.

Chrzanić wulgaryzm na końcu zdania, ale „tresował”? Mamuniu… Nie rozmawiamy przecież o totalnym zakazie mięsa, odbieraniu dzieciom schabowego i karmieniu ich od poniedziałku do piątku tofu popijanym mlekiem owsianym.

Co właściwie znalazło się na tych strasznych talerzach

Od 1 września obowiązują nowe zasady żywienia w szkołach i przedszkolach. W ciągu tygodnia w jadłospisie mają znaleźć się dwie porcje świeżego mięsa, co najmniej jedna ryba i przynajmniej jedna potrawa z nasion roślin strączkowych bez produktów odzwierzęcych. Drugie danie tego dnia MOŻE być bezmięsne, ale mnie musi. Maksymalnie dwa razy w tygodniu można podać potrawę smażoną, a przynajmniej dwie zupy mają być przygotowane na wywarze warzywnym. Warzywa lub owoce powinny pojawiać się w każdym posiłku.

Możemy dyskutować, czy minister powinien zaglądać kucharkom do garnków, ale czym innym jest pytanie, czy regulacja jest zbyt szczegółowa, a czym innym robienie z obiadu z soczewicy przykładu „tresowania dzieci”.

Specjaliści od żywienia nie odkryli strączków wczoraj. Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej od lat zaleca włączanie ich do jadłospisu dzieci. Fasola, groch, soja czy soczewica dostarczają białka, witamin z grupy B, żelaza i błonnika. NCEZ zaleca dzieciom w wieku przedszkolnym i szkolnym potrawy ze strączków minimum jeden-dwa razy w tygodniu i od lat wskazuje, że mogą zastępować dania mięsne.

Teraz w opinii niektórych mamy do czynienia z cywilizacyjnym eksperymentem.

Nikt dziecka do stołówki nie przykuwa

W „wolnościowej” argumentacji powielanej przez niektórych przedstawicieli prawicy i podchwyconej przez Kaźmierczaka jest jeden problem. Korzystanie z gorącego posiłku zapewnianego przez szkołę jest dobrowolne i odpłatne. Tak stanowi Prawo oświatowe. Rodzic nie ma obowiązku wykupywania dziecku obiadu. Państwo nie wchodzi nikomu do domu i nie wyrywa z ręki widelca. Ustala standard posiłku oferowanego przez instytucję systemu oświaty.

Jeszcze zabawniej robi się, gdy przypomnimy sobie, że żyjemy w kraju rzekomo przywiązanym do katolickiej tradycji. Bezmięsny piątek przez pokolenia nie był w Polsce manifestem weganizmu, tylko czymś zupełnie zwyczajnym. Teraz jeden obowiązkowo roślinny obiad tygodniowo wystarcza, żeby mówić o „tresowaniu dzieci”.

Tymczasem co trzeci ośmiolatek ma za dużą masę ciała

Cała ta awantura byłaby zabawna, gdyby nie stan zdrowia naszych pociech. Skoro każde dziecko przychodzące na świat jest dla naszego kraju na wagę złota, to powinniśmy, zadbać o to, by były zdrowe. Tymczasem według najnowszej rundy badań COSI nadmierną masę ciała ma 33 proc. polskich ośmiolatków. W krajowym badaniu DINO-PL problem narastał wraz z wiekiem: dotyczył 27,6 proc. siedmiolatków, 32,5 proc. ośmiolatków i 34,8 proc. dziewięciolatków. U prawie jednej trzeciej dziewięciolatków stwierdzono otyłość brzuszną. Do tego dochodzą wyniki Instytutu Matki i Dziecka.

Ponad 40 proc. dzieci w drugich klasach szkoły podstawowej ma podwyższony poziom cholesterolu – wskazuje prof. Anna Fijałkowska, kierownik Zakładu Kardiologii Instytutu Matki i Dziecka.

Tylko 1 proc. dzieci objętych badaniem spełniało kryterium co najmniej dziewięciu godzin snu na dobę. Zdaniem prof. Fijałkowskiej ponad 90 proc. przypadków nadmiernej masy ciała w badanej grupie wiązało się z czynnikami środowiskowymi, na które można wpływać: sposobem żywienia, ruchem, snem czy czasem spędzanym przed ekranem.

Za wolność od fasoli zapłacimy wszyscy

Kaźmierczak stawia pytanie o granice wolności, ale ta wolnościowa retoryka – jak każdy kij – ma dwa końce. Jeżeli konsekwencje naszych prywatnych wyborów zdrowotnych finansujemy wspólnie, państwo ma interes w zapobieganiu chorobom. Nie oznacza to prawa do zaglądania obywatelom do lodówek. Trudno jednak twierdzić, że państwo finansujące szkołę i ochronę zdrowia nie powinno interesować się jakością jedzenia serwowanego dzieciom przez publiczną instytucję.

Więcej naszych wpisów dotyczących zdrowia

NFZ oszacował koszt leczenia chorób wynikających z otyłości w 2023 r. na minimum 3,8 mld zł, a najnowsze Ministerstwa Zdrowia mówią, że to od 4,4 do 15,4 mld zł. Po doliczeniu m.in. absencji, niższej produktywności, rent i przedwczesnych zgonów – nawet 44,1 mld zł. Moje dziecko, mój wybór? Oczywiście. Ale rachunek przestaje być wyłącznie mój, kiedy trafia do chwiejącego się nad przepaścią NFZ, ZUS, pracodawców i podatników.

To nie pierwsza taka wojna

Dopiero co przeszliśmy przez narodową awanturę wokół edukacji zdrowotnej. Przedmiot miał uczyć między innymi o aktywności fizycznej, jedzeniu, zdrowiu psychicznym, uzależnieniach i higienie cyfrowej. Debatę zdominował jednak temat seksualności.

Ostatecznie od 1 września 2026 r. edukacja zdrowotna jest obowiązkowa, a treści dotyczące zdrowia seksualnego zostały wydzielone do zajęć nieobowiązkowych. Obowiązkowe pozostały właśnie zdrowie fizyczne i psychiczne, odżywianie, profilaktyka uzależnień, higiena cyfrowa, bezpieczeństwo i pierwsza pomoc.

Znowu mechanizm był podobny. Z szerokiego problemu zdrowotnego wyjmujemy jeden budzący emocje element, powiększamy go do rozmiarów całego projektu, a następnie zaczynamy walczyć z zagrożeniem, które sami skonstruowaliśmy. Teraz seks zastąpiła soczewica.

Szczepionka? Big pharma

Do tego dochodzi zadyma ze szczepionkami. „Wolnościowiec” Sławomir Mentzen podczas pandemii mówił, że jest przeciwnikiem obowiązkowych szczepień i sam nie planuje szczepienia przeciw COVID-19. Dzisiaj przewodniczący Klubu Poselskiego Konfederacji Grzegorz Płaczek atakuje plan wprowadzenia obowiązkowych szczepień przeciw HPV. Na oficjalnej stronie Konfederacji możemy przeczytać jego słowa, że „lobby farmaceutyczne wygrało”, a krytyczne wobec takich wypowiedzi media określa jako „sprzedajne”. Jednocześnie Płaczek zastrzega, że nie jest przeciwnikiem szczepień…

Ale jeżeli każda ingerencja zdrowotna państwa zaczyna być przedstawiana jako podejrzana, przymusowa i inspirowana przez bliżej nieokreślone lobby, grunt pod prawdziwy antyszczepionkowy przekaz robi się wyjątkowo żyzny.

Szarlatan też może zostać obrońcą wolności

Latem dostaliśmy następny przykład. Rząd przygotował ustawę nazywaną „lex szarlatan”. Miała dać Rzecznikowi Praw Pacjenta mocniejsze narzędzia do walki z osobami oferującymi niesprawdzone terapie, przypisującymi preparatom nieudowodnione właściwości lecznicze albo odciągającymi pacjentów od skutecznego leczenia. Maksymalna kara za naruszenie zbiorowych praw pacjentów miała wzrosnąć do 1 mln zł.

Ministerstwo Zdrowia, Komisja Zdrowia i Główny Inspektorat Sanitarny to podmioty, wokół których od lat krążą profesjonaliści w dobrze skrojonych sukienkach i w czarnych garniturach – lobby farmaceutyczne. To profesjonaliści, którzy walczą o interesy Big Pharmy – mówił w Sejmie Grzegorz Płaczek, przewodniczący Klubu Poselskiego Konfederacji.

Na końcu nazwał ustawę „głupią” i wniósł w imieniu Konfederacji o jej odrzucenie.

Prezydent Karol Nawrocki ustawy nie podpisał. Skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej, a równocześnie zgłosił własny projekt wymierzony w oszustów pseudomedycznych. Nie można powiedzieć, że prezydent opowiedział się po stronie szarlatanów. Efekt jest jednak taki, że przyjęte przez parlament przepisy nie weszły w życie. I znów pojawia się refren: państwo, przymus, wolność, Big pharma, prawo do wyboru.

W Polsce już kiedyś „tresowano” obywateli

Przypominał mi się człowiek, którego przez dziesięciolecia Polacy niemiłosiernie wyśmiewali. Wyśmiewano go tak bardzo, że drewniane toalety do dziś nazywamy sławojkami.

Felicjan Sławoj Składkowski, bo o nim mowa, był lekarzem, ministrem spraw wewnętrznych, a później premierem II RP. Dziś pewnie ktoś by go podsumował, że to cymbał z Warszawy z obsesją na punkcie higieny. W 1928 r. doprowadził do tego, że przepisy budowlane wymagały urządzenia ustępu na działce, na której znajdowały się budynki przeznaczone dla ludzi. Składkowski prowadził równocześnie szeroką akcję sanitarną na polskiej wsi, osobiście kontrolując wykonanie zaleceń. Wyobrażacie sobie to dzisiaj?

Przyjechał jakiś cymbał w Warszawie i mówi mi, gdzie mam chodzić na dwójkę? „Moja chałupa, moja działka, mój dół za stodołą!”

Składkowski był też legionistą i bliskim współpracownikiem Piłsudskiego, który rozumiał, że odrodzone państwo musi nie tylko pilnować granic, ale też wyciągać społeczeństwo z cywilizacyjnego zapóźnienia. Czasem nawet zaglądając chłopom za stodołę.

Fot. Roy Buri / Pixabay

Arek Braumberger
Redaktor

Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.