REKLAMA

Tusk mówi, że biedy nie ma. Niestety jest i to taka, że aż piszczy

Donald Tusk policzył lekarzom pieniądze i uspokoił Polaków: biedy nie będzie. Medycy zarobią maksymalnie 76,8 tys. zł miesięcznie, czyli szesnastokrotność płacy minimalnej. Kwota robi wrażenie. Zwłaszcza na kimś, kto na wizytę u specjalisty czeka kilkanaście miesięcy. Sęk w tym, że od patrzenia na cudzą wypłatę kolejki jeszcze nikomu się nie skróciły.

Tusk mówi, że biedy nie ma. Niestety jest i to taka, że aż piszczy

Nie zamierzam bronić lekarzy, którzy za publiczne pieniądze wystawiają szpitalom faktury na kilkaset tysięcy złotych. Nie widzę również powodu, dla którego kontrakty opłacane przez NFZ miałyby być tajne. Jeżeli ktoś deklaruje, że jednego dnia pracował przez 30 godzin w trzech różnych placówkach, sprawa powinna zainteresować nie tylko dyrektora szpitala.

Donald Tusk ogłasza zadowolony, że ustalił właśnie kwotę, powyżej której lekarzowi pieniądze już się nie należą.

Po wprowadzeniu proponowanych zmian górnym limitem wynagrodzenia będzie szesnastokrotność płacy minimalnej, czyli 76 800 zł miesięcznie. To dużo, a polscy medycy nadal będą zarabiali więcej niż wynosi średnia europejska – mówi Donald Tusk, premier.

Nawet rachunek się nie zgadza

Tak się zastanawiam, w jaki sposób premier porównał zarobki polskich lekarzy ze średnią europejską. Czy chodzi o miesięczne wynagrodzenie brutto? Stawkę godzinową? Pensję z jednego etatu? Dochód osoby pracującej po 300 godzin miesięcznie? Rządowy komunikat tego nie wyjaśnia.

Za to hasło „biedy nie ma” świetnie się niesie. I właśnie na tym polega problem. Debata o publicznej ochronie zdrowia została sprowadzona do pytania, czy lekarz zarabiający kilkadziesiąt tysięcy złotych powinien dostać jeszcze więcej.

Sufit nie stworzy ani jednego lekarza

Ministerstwo Zdrowia proponowało wcześniej maksymalną stawkę 240 zł brutto za godzinę oraz ograniczenie pracy do równowartości dwóch etatów. Według resortu taki limit ma zakończyć podkupywanie lekarzy przez konkurujące ze sobą szpitale.

Brzmi rozsądnie, dopóki nie przypomnimy sobie, dlaczego szpitale podbierają sobie medyków. Można by pomyśleć, że nudzący się jak mopsy dyrektorzy placówek opieki zdrowotnej mają takie rozrywkę: nie lubię kolegi Y, więc dzisiaj dam doktorowi X propozycję pracy za 40 tys. miesięcznie. Nie, robią to dlatego, że specjalistów brakuje, a bez anestezjologa, chirurga albo radiologa nie da się utrzymać części oddziałów.

Więcej wpisów o zarobkach lekarzy i opiece zdrowotnej

Jeżeli pięć szpitali szuka chce tego samego lekarza, administracyjne ustalenie jednej maksymalnej stawki nie sprawi, że nagle pojawi się pięciu lekarzy. Nadal będzie jeden, a do tego nie będzie można zapłacić mu więcej, aby wybrał placówkę, która potrzebuje go najbardziej. Pójdzie więc do prywaciarza, a rząd będzie mógł odtrąbić sukces w walce z kominami płacowymi. Pacjent dowie się natomiast, że oddział czasowo nie przyjmuje chorych.

Przed takim scenariuszem ostrzegają eksperci. Wskazują przede wszystkim na anestezjologię i medycynę zabiegową, gdzie gwałtowna zmiana zasad może spowodować poważne trudności kadrowe.

Dwa etaty w trosce o wypoczętego lekarza

Najbardziej zdumiewa mnie jednak inny element tej „reformy”. Rząd mówi o bezpieczeństwie pacjentów i jednocześnie uznaje, że lekarze mogą pracować przez równowartość dwóch pełnych etatów. Według minister zdrowia chodzi o około 300 godzin miesięcznie. Trzysta godzin.

Przy 20 dniach roboczych wychodzi średnio 15 godzin dziennie. Oczywiście dyżury medyczne rozlicza się inaczej, a praca nie rozkłada się równomiernie. Ale... wychodzi na to, że państwo chce walczyć o wypoczętego lekarza, pozwalając mu wypracować dwa zwykłe miesiące pracy w jednym miesiącu kalendarzowym.

To pokazuje, że prawdziwym problemem nie jest wyłącznie wysokość stawki. Problemem jest system, który bez ogromnej liczby dyżurów i kontraktów w kilku miejscach zwyczajnie nie potrafi funkcjonować.

Limit może ograniczyć najbardziej rażące przypadki. Nie zastąpi jednak lekarzy, pielęgniarek i ratowników, których nie ma. Nie poprawi wyceny świadczeń. Nie uporządkuje sieci szpitali. Nie odpowie na pytanie, dlaczego sąsiednie placówki utrzymują podobne oddziały i konkurują o tę samą garstkę specjalistów.

Jawność tak, polityczne wyceny nie

Kontrakty finansowane z publicznych pieniędzy powinny być jawne, a godziny pracy rejestrowane wspólnie dla wszystkich placówek. Fikcyjne deklaracje trzeba ścigać. Rząd zapowiada działania w każdym z tych obszarów i warto go z tego rozliczyć.

Nie przekonuje mnie natomiast premier występujący w roli człowieka, który wie, ile lekarzowi powinno wystarczyć. Państwo nie ma ustalać, czy 40 tys., 60 tys. albo 76,8 tys. zł jest wynagrodzeniem godnym, przesadnym czy sprawiedliwym. Powinno ustalić, za co płaci, ile godzin rzeczywiście przepracowano i czy pacjent otrzymał świadczenie.

Donald Tusk mówi, że biedy nie ma. To skąd ta choroba, na którą cierpi polska służba zdrowia?

Arek Braumberger
Redaktor

Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.