REKLAMA

Tak się kończą eksperymenty Brukseli. Miał być ban na palenie, będzie prezent dla przestępców

Natrafiłem właśnie na bardzo ciekawe badanie Katarzyny Byszek-Stevens i Barbary Więckowskiej, opublikowane pod koniec sierpnia w „Research in Economics”. Autorki wzięły na warsztat obszary unijnych regulacji z dwóch różnych bajek. Pierwszy to system ETS, a drugi to przepisy dotyczące wyrobów tytoniowych. Badaczki zadały proste pytanie: czy stosowanie jednakowych regulacji wobec państw i rynków, które bardzo się od siebie różnią, prowadzi do racjonalnych rezultatów.

Tak się kończą eksperymenty Brukseli. Miał być ban na palenie, będzie prezent dla przestępców

Mnie jako byłego palacza najbardziej zainteresowała część dotycząca tytoniu. Wynika z niej dość przewrotny wniosek. Można zaostrzać regulacje w imię ograniczenia palenia, a ostatecznie uzyskać gorszy efekt mocniej uderzyć w legalny biznes.

Najciekawsze jest nie 10 mld euro, tylko 25 kontra 19 proc.

Autorki analizują możliwe konsekwencje przyszłej rewizji unijnej dyrektywy dotyczącej wyrobów tytoniowych TPD3 i zestawiają dwa sposoby regulowania rynku.

Pierwszy, Restrictive / Equalisation, zakłada restrykcyjne i ujednolicone traktowanie różnych produktów nikotynowych. Drugi bierze pod uwagę różnice między produktami i uwzględnia możliwość przechodzenia konsumentów z tradycyjnych papierosów na mniej szkodliwe alternatywy. Różnica w wynikach modelu jest ogromna.

W restrykcyjnym scenariuszu autorki wyliczają dla Polski w 2030 r. około 10 mld euro niższego PKB, utratę 139 884 mniej miejsc pracy i 1,78 mld euro mniejsze inwestycje.

Tam, gdzie różnice strukturalne nie są uwzględniane w sposobie wdrażania regulacji, zharmonizowane zasady mogą wiązać się z różnymi kosztami dostosowań i reakcjami – wskazują Katarzyna Byszek-Stevens i Barbara Więckowska, autorki badania.

Ale nawet po dołożeniu tego zastrzeżenia zostaje wynik, który dla mnie jest jeszcze ciekawszy od miliardów euro. W scenariuszu restrykcyjnego wyrównania regulacji udział palaczy tradycyjnych papierosów w Polsce w 2030 r. wynosi 25 proc. W przypadku różnicującym produkty… 19 proc. Sześć punktów procentowych różnicy.

Można więc nałożyć mocniejsze ograniczenia, ponieść wyższe koszty gospodarcze, a na końcu i tak mieć więcej palaczy tradycyjnych papierosów. W tym miejscu przyznam się do czegoś. Gdy za pierwszym razem czytałem badanie, zrozumiałem, że te 25 proc. to efekt wprowadzenia mniej restrykcyjnego prawa. Już miałem zadzwonić do koleżanki, która podsunęła mi ten materiał…

Chcesz ograniczyć palenie? Patrz na efekt

Tak czy siak – jeżeli celem regulacji jest ograniczenie palenia tradycyjnych papierosów, to rezultatem powinno być mniej palaczy tradycyjnych papierosów. Oczywiście alternatywne produkty nikotynowe także wymagają regulacji. Ale ustawodawcy czy to unijni, czy krajowi powinni brać pod uwagę różnice między produktami i przede wszystkim skutki, jakie jego decyzje wywołują u konsumentów. A tak dziwnie się składa, że konsument nie zawsze robi to, czego oczekuje polityk.

Można założyć, że jeśli legalne produkty staną się coraz droższe albo coraz trudniej dostępne, ludzie po prostu przestaną je kupować. Część zapewne tak zrobi. Część jednak zacznie szukać tańszego źródła.

Legalny biznes płaci. Szara strefa nie

W Polsce właśnie przerabiamy tę lekcję po podwyżce akcyzy. Według danych Instytutu Almares jeszcze w trzecim kwartale 2024 r. szara strefa odpowiadała za 4,5 proc. rynku papierosów. W pierwszym kwartale 2026 r. było to już 9,7 proc. Oznacza to, że mniej więcej jedna na dziesięć kupowanych w Polsce paczek pochodziła z nielegalnego źródła.

Badanie KPMG pokazuje nieco niższe poziomy, ale kierunek jest identyczny. Udział nielegalnych papierosów w Polsce spadł w 2023 r. do rekordowo niskich 3,6 proc., po czym wzrósł do 4,3 proc. w 2024 r. i 5,3 proc. w 2025 r. Straty polskiego budżetu wynikające z nielegalnej konsumpcji oszacowano na około 1,9 mld zł.

To nie jest naprawdę odkrywczy wniosek, że każdy nowy podatek, wymóg, pozwolenie, obowiązek raportowy czy ograniczenie dotyczące sprzedaży uderza w firmy, które przestrzegają prawa. Przestępcom obce są takie dylematy. Nie płacą akcyzy ani VAT-u, W nosie mają kolejne regulacje i nie interesują ich ograniczenia sprzedaży czy dystrybucji.

Im więcej kosztów dokładamy legalnej firmie, tym większą przewagę cenową uzyskuje nielegalny konkurent. Na polskim rynku tę różnicę widać gołym okiem. Przedstawiciele biznesu wskazywali niedawno, że papierosy z nielegalnego źródła kosztują około 9-10 zł, podczas gdy cena legalnych zaczyna się w okolicach 24-25 zł.

Legalny przedsiębiorca nie może konkurować z produktem, od którego nie są odprowadzane podatki i który nie podlega tym samym obowiązkom regulacyjnym. Dziś papierosy w nielegalnym obrocie kosztują ok. 9-10 zł i z taką ceną nie da się konkurować – nie ma wątpliwości Maciej Ptaszyński z Polskiej Izby Handlu.

Nie chodzi wcale tylko o wielkie koncerny tytoniowe. Wyroby tytoniowe są ważną częścią obrotów tysięcy małych sklepów. Kiedy klient zamiast do legalnego sklepu idzie po papierosy z przemytu albo z nielegalnej fabryki, traci również lokalny przedsiębiorca.

Mieliśmy zarobić więcej. Wyszło inaczej

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy spojrzymy na podatki. W 2025 r. akcyza na papierosy wzrosła o 25 proc. W przypadku tytoniu do palenia podwyżka wyniosła 38 proc., wyrobów nowatorskich 50 proc., a płynów do e-papierosów 75 proc.

Ministerstwo Finansów zakładało około 37,1 mld zł dochodów z akcyzy na wyroby tytoniowe. Ostatecznie wpłynęło 33,61 mld zł. Do planu zabrakło więc ponad 3,5 mld zł. Nie wyciągałbym z tego wniosku, że mamy laboratoryjny dowód działania krzywej Laffera. Na wpływy podatkowe i sprzedaż oddziałuje wiele czynników.

Ale mechanizmu nie można ignorować: jeżeli legalny produkt staje się bardzo drogi, konsument może ograniczyć zakup, przejść na inny produkt albo zniknąć z legalnego rynku.

Nie chodzi o to, żeby podatek był jak najwyższy. Chodzi o to, żeby był skutecznie pobierany. Dzisiaj coraz większym problemem jest to, że konsument znika z legalnego rynku, a wraz z nim znikają również wpływy do budżetu – zauważa Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan.

To zdanie można rozszerzyć na regulacje jako takie. Nie chodzi o to, żeby przepis był jak najbardziej restrykcyjny. Chodzi o to, żeby był skuteczny.

Więcej o unijnych dyrektywach

Problem nie kończy się na Polsce

Według KPMG w 2025 r. mieszkańcy Unii Europejskiej wypalili 41,8 mld papierosów pochodzących z nielegalnych źródeł. To 10,3 proc. całej konsumpcji. Utracone wpływy podatkowe związane z nielegalnym handlem papierosami oszacowano na około 16,7 mld euro.

Oczywiście byłoby nadużyciem twierdzenie, że odpowiadają za to wyłącznie wysokie podatki i regulacje. Na rozwój szarej strefy wpływają również skuteczność służb, przemyt, przestępczość zorganizowana i różnice cen między państwami. Ustawodawca nie może jednak udawać, że cena legalnego produktu nie ma znaczenia. Klient nie porównuje cen papierosów z intencjami Komisji Europejskiej, tylko patrzy na 25 zł w sklepie i 10 zł, u pana Darka spod „10”.

Wspólny cel nie oznacza jednego młotka

Wracając do badania Byszek-Stevens i Więckowskiej, nie odczytuję wyników jako wezwania do zniesienia wspólnych europejskich regulacji. Wspólny rynek potrzebuje wspólnych zasad, ale sensownych i świętszych od papieża. Polska nie ma takich samych dochodów jak najbogatsze kraje Europy Zachodniej, cen ani tej samej struktury rynku.

Podwyżka, która dla konsumenta w jednym kraju będzie irytująca, dla konsumenta w innym może być momentem, w którym zacznie rozglądać się za dużo tańszym produktem spoza legalnych źródeł.

Ustawodawca odnosi wtedy bardzo osobliwy efekt. Legalna sprzedaż spada, legalne firmy tracą klientów, sklepy – obroty, a budżet – wpływy. Palacz nadal pali, a zarabia przestępca.

Fot. Krajowa Administracja Skarbowa

Arek Braumberger
Redaktor

Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.