REKLAMA

Chytry traci dwa razy. Patrzę na krzywą Laffera i myślę o skutkach pazerności rządu

Statystycznie dwa papierosy na każdą sprzedawaną w Polsce paczkę pochodzą z szarej strefy. W ciągu zaledwie kilku kwartałów jej rozmiar się podwoił. W Radomiu już co czwarty papieros pochodzi z lewego źródła. A bywa gorzej.

PIT

Kilka tygodni temu rzuciłem palenie. Nie spowodował tego jednak strach przed – nieuniknionymi w przypadku palaczy – chorobami, czy nagłe uświadomienie sobie własnej słabości w obliczu tego (zupełnie zresztą pozbawionego sensu) nałogu. Moja decyzja podyktowana była względami ekonomicznymi.

Pieniądze puszczane z dymem

Nie będę kłamał, że wziąłem do ręki kartkę i ołówek – posłużyłem się nieco nowocześniejszymi narzędziami, które pokazały mi, ile pieniędzy puszczałem z dymem. Najlepiej zresztą widać to z pewnego oddalenia (na jedną paczkę skądś się zawsze wygrzebie, ale już kupić zapas na miesiąc byłoby mi trudniej). Prosty rachunek pokazał, że przy obecnych cenach – paczka „moich” papierosów kosztuje już prawie 30 zł – i umownym spalaniu jednej dziennie, miesięczny koszt dobija do 900 zł. To ponad 10 tys. zł rocznie. W ciągu pięciu lat robi się z tego kwota wystarczająca na zakup np. zupełnie nowego motocykla średniej klasy (albo kilkuletniego klasy premium).

Jednak podwyżki akcyzy na wyroby tytoniowe, które od lat serwują nam rządzący, na większość palaczy działają inaczej niż na mnie. Nie rzucają oni masowo palenia, tylko albo płaczą, płacą i wciąż palą, albo... no właśnie.

Najnowsze dane Instytutu Almares pokazują, że coraz częściej przerzucają się na papierosy z nielegalnego źródła. O ile jeszcze w trzecim kwartale 2024 r. szara strefa odpowiadała za 4,5 proc. rynku, o tyle półtora roku później, w pierwszym kwartale 2026 r., jej udział zwiększył się ponaddwukrotnie – do 9,7 proc. To znaczy, że mniej więcej jedna na dziesięć kupowanych w Polsce paczek papierosów pochodzi z lewego źródła: albo z przemytu, albo z produkcji krajowych podróbek. Mówiąc bardziej obrazowo: nielegalne są dwa papierosy na każdą, liczącą 20 sztuk, paczkę – oczywiście statystycznie.

A przy okazji okazuje się, że ucieczka przed akcyzą nie sprowadza się wyłącznie do przemytu papierosów bez polskich banderol zza granicy – coraz częściej oznacza wpychanie w płuca palaczy dymu z podróbek powstających w brudnych dziuplach – niekoniecznie wyłącznie z tytoniu.

Granica chciwości

Takiego obrotu spraw rząd się nie spodziewał. Urzędnikom wydawało się, że wraz z podnoszeniem akcyzy, do państwowej kasy wpływać będzie coraz więcej pieniędzy. No i do pewnego momentu tak było. Ale rządzący najwyraźniej zapomnieli o przysłowiu, zgodnie z którym chytry dwa razy traci.

W świecie ekonomii obrazuje je tzw. krzywa Laffera. Zgodnie z tą koncepcją wpływy (np. z podatków) rosną wraz ze zwiększaniem stawki podatkowej tylko do pewnego momentu. Później maleją. Nie zawsze więc wyższe podatki oznaczają większe z nich zyski dla państwa. Podobnie jest zresztą z cenami – gdzieś jest granica ich podnoszenia, którą klienci mogą zaakceptować. Wydaje się, że w przypadku wyrobów tytoniowych została w Polsce przekroczona.

Nie chodzi o to, żeby podatek był jak najwyższy. Chodzi o to, żeby był skutecznie pobierany. Dzisiaj coraz większym problemem jest to, że konsument znika z legalnego rynku, a wraz z nim znikają również wpływy do budżetu – tak sytuację na rynku wyrobów tytoniowych komentował Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan, podczas czwartkowej konferencji poświęconej m.in. kwestii nielegalnego handlu wyrobami tytoniowymi.

Obecni na niej przedstawiciele organizacji pracodawców, producentów, handlu, plantatorów i pracowników przemysłu tytoniowego alarmowali, że stosowana dziś polityka akcyzowa przynosi skutki odwrotne do zakładanych, a legalna sprzedaż jest wypierana przez produkty podrabiane i pochodzące z przemytu.

Przekłada się to również na niższe od pierwotnie zakładanych przez Ministerstwo Finansów wpływy z tytułu podatku akcyzowego – czytamy w komunikacie Business Centre Club.

Nie tylko budżet ma problem

W 2025 r. akcyza na papierosy zwiększyła się w Polsce o jedną czwartą. Jeszcze większe wzrosty dotyczyły obciążeń akcyzowych tytoniu do palenia (+38 proc.), wyrobów nowatorskich (+50 proc.) czy płynów do papierosów elektronicznych (+75 proc.).

Ministerstwo Finansów, a wraz z nim rząd, liczyło, że takie rozwiązania przyniosą budżetowi ponad 37 mld zł (tyle miały wynieść w 2025 r. dochody akcyzowe z wymienionych wyżej wyrobów).

Ale się przeliczyło. I to sporo – do wykonania planu zabrakło ponad 3,5 mld zł, czyli ok. 9,5 proc. z planowanej kwoty.

Dzisiaj znów widzimy bardzo wyraźnie, że zbyt wysoka stawka akcyzy nie gwarantuje wysokich wpływów do budżetu. Jeżeli legalny rynek się kurczy, a konsumenci przechodzą do szarej strefy, państwo zamiast dodatkowych dochodów po prostu je traci – przyznała Magdalena Szewczyk-Pochrzęst z Krajowego Stowarzyszenia Przemysłu Tytoniowego.

Jednak konsekwencje rosnących narzutów, a w więc i coraz większej drożyzny panującej na runku wyrobów tytoniowych, wykraczają daleko poza budżet państwa. W samym 2025 r. legalna sprzedaż papierosów spadła o 13 proc., a w pierwszych siedmiu miesiącach 2026 r. – o kolejne 10 proc.

Niestety nie oznacza to, że Polacy masowo rzucają palenie, co byłoby dla nich skądinąd najzdrowszym rozwiązaniem; wygląda na to, że masowo przerzucają się na towar tańszy, choć nielegalny.

I o ile kwestię jakości lewych papierosów można pominąć, nie sposób nie zauważyć wpływu rosnącego ich udziału w rynku na firmy, które działają na nim zgodnie z prawem. A nie są to, jak mogłoby się wydawać, tanie rzeczy. Legalnie działający przedsiębiorcy, jak przypominają eksperci, muszą ponosić pełne koszty podatków i regulacji. Nielegalny rynek może oferować produkty po znacznie niższych cenach.

Wraz ze wzrostem różnicy cenowej (cena papierosów z nielegalnego źródła to ok.10 zł, a z legalnego źródła minimum 24- 25 zł) rośnie więc przewaga szarej strefy – czytamy w komunikacie Business Centre Club.

Więcej danych na Bizblog Spider's Web

Z taką ceną nie da się konkurować

Tymczasem handel, jak zauważa Maciej Ptaszyński z Polskiej Izby Handlu, jest obszarem, w którym skutki przesuwania się konsumpcji do szarej strefy pojawiają się najszybciej. Jego zdaniem wyroby tytoniowe odpowiadają za znaczącą część obrotu wielu legalnie działających mniejszych sprzedawców, dlatego odpływ klientów do nielegalnych źródeł jest dla nich szczególnie dotkliwy.

Legalny przedsiębiorca nie może konkurować z produktem, od którego nie są odprowadzane podatki i który nie podlega tym samym obowiązkom regulacyjnym. Dziś papierosy w nielegalnym obrocie kosztują ok. 9-10 zł i z taką ceną nie da się konkurować – nie ma wątpliwości Maciej Ptaszyński.

Z danych Instytutu Almares wynika, że nie brak w Polsce miast, w których szara strefa na rynku wyrobów tytoniowych jest znacznie większa, niż wynika ze statystyk dla całej Polski. Najlepiej ma się w Gryficach, gdzie stanowi ponad 29 proc. rynku. Całkiem nieźle radzi sobie też w Radomiu, Szczecinie czy Płocku.

Wygląda na to, że rząd chciał wycisnąć z kieszeni palaczy dodatkowe miliardy, a obudził się z dziurą w budżecie, szarą strefą rosnącą najszybciej od dekady i narastającymi problemami branży tytoniowej.

– Jeżeli po pierwszym roku mamy jednocześnie spadek legalnej sprzedaży, wzrost szarej strefy i dochody budżetowe niższe od planowanych o ponad 3,5 miliarda złotych, to jest moment na zatrzymanie się i analizę. Nie możemy automatycznie zakładać, że kolejne podwyżki [akcyzy – red.] przyniosą lepszy rezultat – podpowiada rządzącym Mariusz Zielonka.

Może warto by było, żeby ktoś w rządzie posłuchał. Tym bardziej że przy analizie sytuacji mogą pomóc najnowsze zdobycze techniki – nie trzeba przecież korzystać z kartki i ołówka.

Bartosz Krzyżaniak
Redaktor

Pierwsze teksty o gospodarce i biznesie publikował w latach 90. w „Pulsie Biznesu”. Pracował w „Życiu” i „Życiu Warszawy”, a po powrocie do „PB” został redaktorem prowadzącym. Współtworzył i kierował miesięcznikiem „EduFakty” oraz dwumiesięcznikiem „Uczę Nowocześnie”, organizował konferencje i wykładał. W 2017 r. pracował w redakcjach ekonomicznych WP, rok później trafił do „Forbesa”. Absolwent dziennikarstwa UW oraz studiów podyplomowych z polityki pieniężnej i bankowości centralnej (INE PAN, NBP).