Komisja Europejska chce zaostrzyć podejście do wyrobów tytoniowych. Planowała podwyższyć minimalne stawki akcyzy i objąć wspólnymi podatkami zwykłe papierosy, e-papierosy, podgrzewacze tytoniu oraz saszetki nikotynowe. Równolegle rozpoczęła przygotowania do wprowadzenia drakońskich przepisów regulujących produkcję, sprzedaż i reklamę tych produktów. I okazało się, że przeszarżowała.

Bruksela usłyszała dwa razy zdecydowane „nie”. Najpierw podczas konsultacji społecznych. Później od Parlamentu Europejskiego. Ciekawe, ile razy trzeba to „nie” powtórzyć, żeby do eurokratów dotarło, że nie ma zgody na te zmiany.
Ponad 82 tys. głosów, których nie można zignorować
Komisja Europejska zapytała obywateli, firmy, instytucje publiczne i naukowców o kierunek zmian w dyrektywie o wyrobach tytoniowych oraz dyrektywie dotyczącej reklamy tytoniu. Chodziło między innymi o przyszłe zasady sprzedaży i promowania e-papierosów, podgrzewaczy oraz innych produktów zawierających nikotynę.
Od 18 maja do 15 czerwca 2026 r. wpłynęło ponad 82 tys. opinii. To nie była zwykła konsultacja, w której wypowiedziało się kilku prawników, lobbystów i urzędników. Skala zainteresowania pokazała, że planowane przepisy dotyczą ogromnej liczby konsumentów i przedsiębiorców.
Według analizy opublikowanej przez We Are Innovation ponad 90 proc. zgłoszeń zawierało przynajmniej jeden poważny zarzut wobec kierunku proponowanego przez Komisję. Takiej skali sprzeciwu nie da się zbyć wzruszeniem ramion.
Uczestnicy konsultacji zwracali uwagę na ryzyko wrzucenia do jednego worka papierosów, podgrzewaczy, e-papierosów i saszetek nikotynowych. Ostrzegali przed rozwojem czarnego rynku, uderzeniem w legalnie działające firmy oraz ograniczeniem dostępu do produktów wybieranych przez część palaczy jako alternatywa dla tradycyjnych papierosów.
Można oczywiście dyskutować z tymi argumentami, sprawdzać, kto brał udział w konsultacjach i czyje interesy reprezentował. Konsultacje publiczne nie są referendum, a ich uczestnicy nie tworzą reprezentatywnej próby całego społeczeństwa. Tymczasem Bruksela najpierw zapytała ludzi o zdanie, a teraz udaje, że odpowiedź nie padła.
Parlament powiedział Komisji: nie
Drugie „nie” padło 17 czerwca 2026 r. w Parlamencie Europejskim. Posłowie zagłosowali nad propozycją gruntownej zmiany dyrektywy opodatkowującej wyroby tytoniowe. Komisja chciała podnieść minimalne stawki akcyzy oraz objąć nimi nowe kategorie produktów – płyny do e-papierosów, podgrzewacze tytoniu i saszetki nikotynowe.
Od początku Komisja nie ukrywała, jaki jest cel tych regulacji.
Podwyższony podatek pomoże również ograniczyć atrakcyjność tych produktów jako zamienników tytoniu – wyjaśniała Komisja Europejska, przedstawiając założenia reformy.
Projekt przepadł z kretesem. Za zagłosowało 181 europosłów, przeciw było 439. To nie było zwycięstwo o kilka głosów ani przypadkowa porażka wynikająca z niskiej frekwencji. Przewaga przeciwników zmian była miażdżąca.
Wcześniej Komisja Gospodarcza i Monetarna Parlamentu Europejskiego próbowała przygotować łagodniejsze stanowisko, zakładające niższe i mniej gwałtowne podwyżki podatków niż zaproponowane przez Komisję. Nic z tego. Posłowie na posiedzeniu plenarnym nie przyjęli kompromisu, tylko odrzucili całą propozycję. Trudno o czytelniejszy komunikat.
Komisja ma twardy orzech do zgryzienia
Bruksela może próbować przedstawiać oba wydarzenia jako odrębne sprawy. Konsultacje dotyczyły zmiany dyrektywy produktowej i reklamowej. Głosowanie Parlamentu obejmowało dyrektywę podatkową. W praktyce regulacyjnej nie można mieszać obu procedur. Politycznie oba wydarzenia prowadzą jednak do tego samego wniosku.
Radykalne podnoszenie podatków, rozszerzanie zakazów i traktowanie różnych produktów nikotynowych w ten sam sposób nie ma obecnie poparcia. Sprzeciw wybrzmiał zarówno w konsultacjach, jak i w głosowaniu demokratycznie wybranego Parlamentu. Komisja nie może więc dłużej zachowywać się tak, jakby wokół jej planów istniał szeroki konsensus, bo taki nie istnieje.
Ktoś może powiedzieć: daj spokój, palenie jest niezdrowe, ja nie palę, co mnie to wszystko obchodzi? To fatalny błąd. Problem jest o wiele poważniejszy niż spór o e-papierosy, saszetki nikotynowe i podgrzewacze. Chodzi o wiarygodność europejskiego procesu decyzyjnego.
Po co mamy angażować się w konsultacje publiczne, czytać dokumenty, wypełniać formularze i przedstawiać argumenty, jeżeli ostatecznie okaże się, że decyzja już wcześniej zapadła? Po co wybieramy europosłów, skoro ich stanowisko może zostać potraktowane jak niewygodna opinia, którą wystarczy przeczekać? Tymczasem eurokraci w Brukseli najwyraźniej wychodzą z założenia, że wystarczy to same pytanie zadawać tak długo, aż padnie odpowiedź, której oczekują.
Bruksela powinna zacząć od początku
Nie twierdzę, że obecnych przepisów nie należy zmieniać. Rynek nikotynowy wygląda dziś zupełnie inaczej niż kilkanaście lat temu. Pojawiły się nowe produkty, nowe sposoby sprzedaży oraz nowe zagrożenia.
Komisja ma prawo reagować. Ma nawet obowiązek chronić zdrowie obywateli. Jednak musi robić to na podstawie dowodów, a nie przekonania, że najwyższy podatek i najszerszy zakaz zawsze będą najlepszym rozwiązaniem.
Papieros, który spala tytoń, nie jest tym samym produktem co e-papieros, podgrzewacz albo saszetka nikotynowa. Wszystkie mogą uzależniać i żaden nie jest obojętny dla zdrowia. Nie oznacza to jednak, że poziom ryzyka jest identyczny i że wszystkie należy regulować dokładnie w ten sam sposób.
Potrzebne jest prawo, które będzie odróżniało produkty, uczciwie oceniało ryzyko i brało pod uwagę skutki gospodarcze. Również te, których nie widać w urzędniczej tabeli: rozwój przemytu, zakupy na czarnym rynku, zamykanie małych sklepów i powrót części konsumentów do tradycyjnych papierosów.
Komisja powinna więc odłożyć obecne podejście i zacząć od początku. Nie po to, aby zrezygnować z ochrony zdrowia, lecz aby przygotować przepisy, które rzeczywiście mogą tę ochronę poprawić.
Dwa razy „nie” wystarczy?
Komisja poprosiła opinię publiczną o przedstawienie stanowiska i otrzymała ponad 82 tys. odpowiedzi. Zdecydowana większość przeanalizowanych zgłoszeń zawierała zastrzeżenia do proponowanego kierunku. Parlament Europejski odrzucił podatkową część tej polityki.
Niestety zanosi się na to, że KE chce zignorować te głosy. I właśnie to budzi we mnie największy sprzeciw. Nie kolejny podatek czy zakaz. Nawet nie skłonność Brukseli do regulowania coraz większej części naszego życia.
Najbardziej niepokoi mnie myśl, że obywatel może mówić, Parlament może głosować, a Komisja i tak uzna, że wie lepiej. Unia Europejska nie traci zaufania dlatego, że podejmuje trudne decyzje. Traci je wtedy, gdy sprawia wrażenie, że odpowiedzi obywateli liczą się tylko wtedy, gdy pasują do wcześniej przyjętego planu.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.