Najpierw będzie wielkie prześwietlanie wynagrodzeń. NFZ i państwowa agencja sprawdzą, ile konkretny lekarz zarabia we wszystkich szpitalach, ile godzin pracuje i na ilu umowach jest zatrudniony. Potem rząd zetnie zarobki do ustalonego limitu.

Ministerstwo Zdrowia opublikowało obszerny bilans pierwszego roku pracy Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Resort chwali się miliardami złotych na inwestycje, nowymi terapiami, cyfrowymi usługami i programami profilaktycznymi. Wśród dziesiątek liczb i zapowiedzi znalazła się jednak informacja znacznie ważniejsza dla lekarzy niż 1636 podpisanych umów inwestycyjnych. Ministerstwo wpisało na listę swoich najważniejszych reform... „ustawę PESEL-ową”.
Nazwa brzmi technicznie i niewinnie. W praktyce państwo połączy po numerze PESEL wszystkie informacje o pracy i wynagrodzeniu konkretnego lekarza. Sprawdzi, ile zarabia w kilku placówkach, ile godzin przepracował i czy jednocześnie nie powinien być w innym szpitalu. Potem rząd chce wykorzystać te dane do ograniczenia zarobków.
NFZ zsumuje pensje z kilku szpitali
NFZ i Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji dostaną dane o wynagrodzeniach lekarzy oraz pozostałych pracowników medycznych. Instytucje powiążą je z numerem PESEL albo numerem prawa wykonywania zawodu. Dzięki temu urzędnik nie zobaczy już tylko jednej umowy zawartej z jednym szpitalem. Sprawdzi wszystkie miejsca, w których pracuje dany lekarz. Zsumuje jego wynagrodzenia, przeanalizuje czas pracy i ustali, na ilu etatach lub kontraktach jest zatrudniony.
Ministerstwo Zdrowia nie ukrywa, że właśnie po to zmieniło przepisy. Resort chce wiedzieć, ile publiczna ochrona zdrowia płaci konkretnym osobom, a nie tylko ile na wynagrodzenia wydaje pojedynczy szpital.
Państwo sprawdzi między innymi:
- ile lekarz łącznie zarabia w różnych placówkach,
- ile godzin pracuje i na jakich umowach,
- czy pracuje jednocześnie na kilku etatach,
- ile kosztuje szpital jego rzeczywista obecność w pracy.
Nie powstanie publiczna lista wynagrodzeń lekarzy. Sąsiad ani pacjent nie wpisze nazwiska specjalisty do wyszukiwarki i nie zobaczy jego pensji. Pełny obraz dostaną jednak NFZ, AOTMiT oraz inne uprawnione instytucje. To ważne, bo państwo dotychczas widziało głównie osobne umowy w poszczególnych placówkach. Teraz połączy je w jeden profil konkretnej osoby.
Ustawa została już podpisana. Nie mówimy więc o pomyśle, który może kiedyś trafić do Sejmu. Państwo dostało narzędzie do liczenia wynagrodzeń i czasu pracy. Ministerstwo wprost wskazuje, że wykorzysta te informacje podczas prac nad regulowaniem wynagrodzeń w placówkach finansowanych z publicznych pieniędzy. Najpierw więc sprawdzi, ile konkretny lekarz zarabia. Potem chce zdecydować, czy nie zarabia za dużo.
Tusk ustawił sufit na poziomie 76,8 tys. zł
Plan rządu nie kończy się na zbieraniu danych. Kolejnym krokiem ma być ograniczenie zarobków medyków pracujących w publicznej ochronie zdrowia. Donald Tusk podał już maksymalną kwotę. Limit ma odpowiadać 16-krotności płacy minimalnej, czyli 76,8 tys. zł miesięcznie.
Górny limit wynagrodzenia to będzie 16-krotność płacy minimalnej. Biedy nie ma, czyli 76 tysięcy 800 złotych miesięcznie – mówił premier Donald Tusk.
Tusk przekonywał, że wokół wynagrodzeń części lekarzy narosła atmosfera „dwuznaczności”, a czasami nawet „skandalu”. Rząd chce więc nie tylko ograniczyć miesięczne zarobki. Planuje również zakazać wypłacania lekarzowi wynagrodzenia jako procentu od wartości wykonanej procedury. Rząd chce ponadto ograniczyć łączny czas pracy lekarza do dwóch pełnych etatów. Szpitale mają przekazywać NFZ rzeczywiste grafiki pracowników.
NFZ sprawdzi więc, gdzie lekarz pracuje, ile godzin spędza w poszczególnych placówkach i ile każda z nich mu płaci. System pokaże również, czy lekarz nie wpisał się w tym samym czasie do grafików kilku szpitali. Dopiero na podstawie takich danych państwo będzie mogło pilnować limitu 76,8 tys. zł.
Minister proponuje 240 zł za godzinę
Jolanta Sobierańska-Grenda zaproponowała także drugi limit. Minister zdrowia chce ograniczyć maksymalną stawkę na kontrakcie do 240 zł za godzinę. Lekarz miałby jednocześnie pracować w jednym miejscu na co najmniej pół etatu.
Potrzebujemy limitów zarobków, czyli maksymalnej stawki godzinowej wynoszącej 240 złotych oraz wymogu zatrudnienia na co najmniej pół etatu w jednym miejscu – podkreśla Jolanta Sobierańska-Grenda, minister zdrowia.
Przy stawce 240 zł za godzinę i 160 godzinach pracy lekarz zarobiłby 38,4 tys. zł miesięcznie. Aby dojść do limitu wskazanego przez premiera, musiałby przepracować 320 godzin. Oznacza to średnio ponad 73 godziny pracy tygodniowo.
Rząd najwyraźniej dopuszcza więc sytuację, w której lekarz pracuje bardzo dużo, nawet na dwóch etatach. Nie chce jednak pozwolić, aby za tę pracę dostał więcej niż kwotę ustaloną przez polityków. Na razie Donald Tusk podał sufit, a minister zdrowia stawkę godzinową. Rząd nie pokazał jeszcze pełnego mechanizmu.
Więcej wpisów o służbie zdrowia
- ZUS podnosi pensje lekarzom. Orzecznik zarobi nawet 20 tys. zł
- Koniec tajnych wynagrodzeń lekarzy. Rząd chce ujawnić stawki
- „To lekarze są winni”. Politycy wydali wyrok, gawiedź klaszcze
- Naprawdę myślicie, że lekarze zarabiają za dużo?
- Zarobki lekarzy. PESEL wszystko pokaże, ale niczego nie rozwiąże
Nie wiadomo, czy państwo zsumuje w ramach jednego limitu wynagrodzenia ze wszystkich szpitali. Nie wiadomo również, jak potraktuje nocne dyżury, pracę w święta, dodatki i wynagrodzenie za gotowość do natychmiastowego stawienia się w placówce. Rząd musi także zdecydować, czy limit obejmie wyłącznie kontrakty B2B, czy również umowy o pracę i umowy zawierane ze spółkami należącymi do lekarzy.
To nie są techniczne szczegóły. Od odpowiedzi zależy, czy limit obejmie niewielką grupę najlepiej opłacanych specjalistów, czy zacznie wpływać na organizację pracy całych szpitali.
Lekarze oskarżają państwo o śledzenie
Samorząd lekarski uważa, że rząd próbuje zrobić z wynagrodzeń lekarzy główną przyczynę problemów publicznej ochrony zdrowia. Naczelna Rada Lekarska podkreśla, że bardzo wysokie kwoty otrzymuje niewielka grupa specjalistów. Często zarabiają oni tyle dlatego, że pracują znacznie dłużej niż standardowe 160 godzin miesięcznie, dyżurują w kilku szpitalach albo wykonują procedury, których nie może przeprowadzić ktoś bez odpowiedniej specjalizacji.
Propozycja ustawy, której celem będzie „śledzenie” wysokości wynagrodzeń lekarzy przez aparat państwowy, jest krokiem w złym kierunku, który doprowadzić może do dalszego odpływu lekarzy z publicznej ochrony zdrowia – uważa Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej.
Lekarze zwracają również uwagę, że wysokie stawki nie biorą się znikąd. Często dwa lub trzy szpitale próbują zatrudnić tego samego, trudno dostępnego specjalistę. Dyrektor placówki nie płaci mu więcej z dobroci serca. Robi to, ponieważ bez anestezjologa, chirurga, radiologa albo lekarza medycyny ratunkowej może nie obsadzić dyżuru, zamknąć oddział albo przestać wykonywać określone zabiegi.
Administracyjny limit nie zwiększy liczby specjalistów. Nie sprawi też, że lekarze przeniosą się do małych miast, w których brakuje personelu. Może natomiast sprawić, że część medyków zrezygnuje z dodatkowych dyżurów. Inni przeniosą część pracy do prywatnych placówek, których ograniczenia nie obejmą. W takim scenariuszu państwo obniży rachunki za wynagrodzenia, ale pacjent będzie dłużej czekał na zabieg lub wizytę.
Minister mówi o dialogu. Rząd zaczyna od portfeli lekarzy
Ministerstwo Zdrowia przedstawia ostatnie miesiące jako czas dialogu, otwartych drzwi i ponadpartyjnej współpracy.
Nie zmieniam zdania. Ochrona zdrowia wymaga apolityczności i ponadpartyjnego porozumienia. I jestem dumna z tego, że potrafimy prowadzić taki dialog – podkreśla Jolanta Sobierańska-Grenda, minister zdrowia.
Problem polega na tym, że rząd znalazł już w tej dyskusji bardzo wygodny temat: zarobki lekarzy. Politycy nie zaczynają od odpowiedzi na pytanie, dlaczego szpitale muszą licytować się o niewielką liczbę specjalistów. Nie pokazali też, jak chcą zwiększyć liczbę lekarzy w deficytowych dziedzinach i zabezpieczyć dyżury po wprowadzeniu limitów. Zaczynają od liczenia pieniędzy.
Państwo sprawdzi, ile konkretny lekarz zarabia w kilku placówkach. Sprawdzi, ile godzin pracuje i ile umów podpisał. Porówna jego wynagrodzenie z rzeczywistym grafikiem. Następnie chce ograniczyć jego miesięczne dochody do 76,8 tys. zł i stawkę kontraktową do 240 zł za godzinę.
Sama ustawa PESEL-owa nie obniży żadnej pensji. Dostarczy jednak państwu danych, bez których nie dałoby się skutecznie kontrolować limitu. Kolejność jest więc jasna. Najpierw numer PESEL, pełny obraz zarobków i prawdziwe grafiki. Potem ustawowy sufit, kontrola czasu pracy i zakaz wynagrodzenia zależnego od wartości procedury.
Donald Tusk podał już maksymalną kwotę. Ministerstwo przygotowało narzędzie, które pokaże, kto ją przekroczył.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.