Sprzedawać truciznę w małych butelkach czy w półlitrowych? Logika polityków mnie rozbraja
Politycy chcą całkowitego zakazu sprzedaży alkoholu w małych butelkach do 200 ml. Sam pomysł popieram, ale mam problem z logiką tej ofensywy. Jeśli bowiem „małpka” ma być jednym z symboli polskiego alkoholizmu, to trudno udawać, że większe butelki nie są częścią dokładnie tego samego problemu.

Mocno się zdziwiłem, że w tym roku alkoholowe „małpki” zaczęły społeczeństwu przeszkadzać. Przez niezliczone lata stały się elementem naszego otoczenia, a zakup w godzinach porannych setki czy dwóch setek na rozruch tych, którzy właśnie kierowali się do pracy (w szkole, w szpitalu, w urzędzie, czy za kierownicą autobusu) - nikogo już w żaden sposób nie dziwi. Bo co zrobić? Taka już polska tradycja.
Tymczasem wyrwę w tej narracji zrobił system kaucyjny. Skoro tak efektywnie sprząta naszą rzeczywistość po plastiku i puszkowym aluminium - to może poradziłby sobie też z jednorazowym szkłem z tych małych buteleczek po wysokoprocentowym alkoholu? Ruszyła ogólnokrajowa dyskusja na ten temat, a Ministerstwo Klimatu i Środowiska obiecało decyzję w tej sprawie podjąć po wakacjach letnich. Ale to też sprowokowało dyskusję o „małpkach” z alkoholem w ogóle. I doszliśmy do bardzo ciekawych wniosków.
Piekło zamarzło: politycy martwią się o polski alkoholizm
Podobno na ostatnim posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia zapanowała dziwna i niecodzienna zgoda ponadpartyjna w sprawie całkowitego wycofania z rynku alkoholu wysokoprocentowego, sprzedawanego w małych butelkach, do 200 ml objętości. Nagle zwaśnione i opluwające się wzajemnie każdego dnia obozy polityczne zaczęły w tej sprawie mówić jednym głosem.
Padały argumenty m.in. o tym, że właśnie te najmniejsze buteleczki z alkoholem stanowią podstawowym problem z alkoholizmem w naszym kraju. I skoro myślimy o ogólnokrajowym zakazie sprzedaży alkoholu po godz. 22, to pełny ban na „małpki” byłby logicznym krokiem nr 2.
Przyznam się szczerze, że czytając te doniesienia o niezwykłej zgodności politycznej na posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia w sprawie „małpek” z alkoholem wzruszyłem się do łez. Tak bardzo, że nawet zacząłem żałować, że przestałem pić procenty 15 lat temu a nie teraz. Wtedy w swojej walce byłem sam, a teraz miałbym aż takie wsparcie ze strony opiekuńczego państwa. Szkoda, czasu nie wrócę.
Nie potrafiąc zrezygnować w tym miejscu z kpiny cieszę się też niezmiernie, że politycy dostrzegli problem alkoholizmu w naszym kraju. Bo wcześniej jakby mu gremialnie zaprzeczali. Ale przecież tylko krowa nie zmienia poglądów, prawda? Dlatego oczekuję, że to dopiero początek polskiej walki z procentami i czekam na kolejny front. A przecież sporo jest w tym względzie do zrobienia: od edukacji, po reklamę procentów, którą obecnie bardzo trudno ominąć szerokim łukiem.
Alkohol za kratkami? Moją odpowiedzią jest kpina
Ale skąd tu miejsce w ogóle na kpinę? Nie dość, że politycy są zgodni, a to dzisiaj wyjątkowo rzadkie zjawisko, to w dodatku chcą ograniczyć dostęp Polaków do mocnego alkoholu, zakazując sprzedaży „małpek”. Czy to coś złego? Po co to szydzenie i beka? Już spieszę z wyjaśnieniami.
Rzecz jasna pod pomysłem w sprawie całkowitego zakazu sprzedaży „małpek” z alkoholem podpisuję się obiema rękami. Raz, że po prostu będzie dzięki temu czyściej wokół nas, a dwa wyhamujemy przynajmniej w ten sposób narodowe pijaństwo. Bo może rosną na rynku udające piwo zerówki, ale Polak i wódka to ciągle bardzo zgrabne równanie, które nad Wisła przecież rozwiązujemy od setek lat.
I za walką takim zakazem z alkoholizmem też jestem. Nikt nie wie ode mnie lepiej, jak ta choroba jest destrukcyjna. Od strony dziecka, syna, ojca, męża i po prostu człowieka. Problem w tym, że bardzo nie lubię po drodze gubić logiki. A to właśnie postanowili zrobić wszyscy politycy, z lewej i prawej strony i ze środka też.
Więcej o alkoholu przeczytasz w Bizblog Spider’s Web:
Nienawidzę działań pozorowanych, albo takich na pół gwizdka. W jednym i drugim przypadku wszystko jest na pokaz, ale wrażenie ma takiej sprawiać, że zajmujemy się danym problemem w 100 proc. Tymczasem nie o jego rozwiązanie w tym wszystkich chodzi, a jedynie o poklask i wyborczy zysk. Bo rozumiem, że posłowie wcześniejszych kadencji o zgubnej roli alkoholu nie wiedzieli? A o polskim alkoholizmie nawet nie słyszeli, co nie?
I na koniec zadanie z logiki: skoro pewna substancja w małych ilościach, do 200 ml, jest trucizną i determinuje narodowe uzależnieniem, to czy przypadkiem ta sama substancja ale w większych opakowaniach/butelkach już szkodliwa nie jest? „Małpka” jest receptą na alkoholizm, a pół litra albo trzy-czwarte wódki już wcale nie?
Taką pokrętną logikę - być może razem z podszeptami operatorów systemu kaucyjnego, którzy po prostu chcą więcej zarabiać (nie wiem, jak wy, ale też tak mam) - mogliśmy obserwować w pełnej krasie na ostatnim posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia. Ale szybko uspokajam: nikt o całkowitym zakazie sprzedaży alkoholu w każdej postaci nawet nie mruknął; żadne nowe represje wycelowane w procenty raczej się więc nie szykują.
Po prostu politycy puścili na chwilę hipokryzję ze smyczy i ta zaczęła biegać, jak szalona. Dobrze radzę: przyzwyczajmy się do tego widoku, w najbliższych 12 miesiącach będzie z nami wyjątkowo często. Obiecuję.
Dziennikarz serwisu Bizblog.pl. Zawodowo pisze już od ćwierć wieku. Dawniej m.in. Goniec Górnośląski, Dziennik Zachodni, Magazyn Gospodarczy „Fakty”. Współpracował m.in. z Miesięcznikiem Finansowym „Bank”. Zajmuje się głównie sprawami gospodarczymi - z obszaru energetyki i jej transformacji. Pisze o górnikach, hutnikach, energetykach, odnawialnych źródłach energii, a także o polityce jądrowej, czy przyszłej strategii wodorowej. Nie obce mu są też tematy związane ze skutkami biznesowymi następujących już zmian klimatu. Specjalizuje się również w kwestiach związanych z usytuowaniem prawnym tak marihuany rekreacyjnej, jak i jej medycznej odmiany.