Francja zadłużyła się po uszy. Czy pociągnie na dno całą Europę?
Dług publiczny sięgający 120 proc. PKB, rosnące koszty obsługi i politycy, którzy obiecują wyborcom kolejne prezenty. Francja przypomina państwo, które żyje na kredyt, ale nie bardzo ma pomysł, jak go spłacić. Czy druga największa gospodarka strefy euro może wywołać kryzys podobny do tego sprzed kilkunastu lat?

Francuskie finanse publiczne wyglądają coraz gorzej. Według danych urzędu statystycznego INSEE na koniec drugiego kwartału 2026 r. dług publiczny wynosił 3595,5 mld euro, dokładnie 119 proc. PKB. Jeszcze trzy miesiące wcześniej było to 117,5 proc. PKB. W ciągu kwartału zadłużenie zwiększyło się o blisko 60 mld euro.
Problem nie sprowadza się do samych bilionów euro. Państwo, które przez lata finansowało potrzeby kolejnymi pożyczkami, coraz więcej musi płacić za pozyskanie pieniędzy. A im droższy dług, tym mniej środków pozostaje na emerytury, ochronę zdrowia, edukację czy inwestycje. Skąd my to znamy, prawda?
Każda próba ograniczenia wydatków oznacza konflikt z wyborcami. Z kolei odkładanie trudnych decyzji prowadzi do dalszego zadłużania państwa. Kamil Szczepański, analityk XTB, zwraca uwagę, że kraj znalazł się w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji.
Francja wchodzi w okres, w którym koszt odzyskania wiarygodności fiskalnej może rosnąć szybciej niż polityczna gotowość do jego poniesienia – wskazuje.
Francja pożycza coraz drożej. Inwestorzy tracą cierpliwość
Inwestorzy zaczynają domagać się coraz wyższego wynagrodzenia za pożyczanie pieniędzy francuskiemu rządowi. Od początku września rentowność dziesięcioletnich obligacji Francji wzrosła o niemal 0,8 pkt proc. Na początku października zbliżyła się do 5 proc., osiągając poziom niewidziany od lipca 2002 r.
Warto wyjaśnić, co to oznacza. Kiedy inwestorzy obawiają się o kondycję finansową państwa, żądają wyższego oprocentowania jego długu. Dla rządu oznacza to większe koszty emisji nowych obligacji i refinansowania tych, których termin wykupu właśnie upływa.
Francja planuje w 2027 r. sprzedać obligacje o rekordowej wartości 340 mld euro. Część tych pieniędzy będzie potrzebna na spłatę wcześniejszych zobowiązań. Jeśli oprocentowanie pozostanie wysokie, obsługa długu stanie się jeszcze większym obciążeniem dla budżetu.
To mechanizm, który sam się napędza. Rosnące zadłużenie zwiększa obawy inwestorów, obawy podbijają koszty finansowania, a wyższe koszty jeszcze bardziej obciążają finanse państwa.
Wyborcy chcą jednego, a państwo czegoś zupełnie innego
Na gospodarczą niepewność nakłada się sytuacja polityczna. Francję czekają wybory prezydenckie w 2027 r., a sondaże pokazują wyraźną przewagę Marine Le Pen.
W badaniu Toluna Harris Interactive, przeprowadzonym od 5 do 8 października, liderka Zjednoczenia Narodowego uzyskiwała od 35 do 37 proc. głosów w pierwszej turze. To wynik dający jej zdecydowaną przewagę nad konkurentami. Le Pen doskonale zdaje sobie sprawę, że sytuacja finansowa Francji staje się jednym z najważniejszych tematów kampanii. Dlatego 6 października przedstawiła własny program naprawy finansów publicznych.
Zapowiedziała między innymi ograniczenie wydatków publicznych o 140 mld euro do 2032 r., sprowadzenie deficytu poniżej 3 proc. PKB w 2030 r. oraz zmniejszenie zadłużenia do 112 proc. PKB w 2032 r. W ciągu 18 miesięcy od objęcia władzy chciałaby osiągnąć równowagę pierwotną budżetu. Oznaczałoby to, że dochody państwa wystarczyłyby na pokrycie wydatków, ale bez uwzględniania odsetek od zadłużenia.
Jednocześnie jednak Le Pen obiecuje obniżki podatków. Łączna wartość proponowanych cięć podatkowych sięga co najmniej 30 mld euro. Szczepański podchodzi do tych obietnic sceptycznie. Zwraca uwagę, że francuscy politycy zachowują się momentami tak, jakby ich państwo mogło prowadzić politykę fiskalną na wzór Stanów Zjednoczonych. Tyle że USA emitują własną walutę, a Francja należy do unii walutowej, w której o polityce pieniężnej decyduje Europejski Bank Centralny.
To zasadnicza różnica. Amerykański rząd może liczyć na funkcjonowanie rozbudowanego rynku długu denominowanego w dolarze, który pozostaje najważniejszą walutą rezerwową świata. Francja nie dysponuje porównywalną niezależnością monetarną.
Europejski Bank Centralny nie zamierza ratować Francji za wszelką cenę
Rola EBC jest tu kluczowa. Bank centralny ma instrumenty pozwalające przeciwdziałać destabilizacji rynku obligacji, ale nie oznacza to, że będzie finansował dowolną politykę budżetową państw członkowskich.
Jednym z takich mechanizmów jest Transmission Protection Instrument (TPI), umożliwiający skup obligacji w przypadku nieuzasadnionych, gwałtownych zaburzeń na rynku. Jego zastosowanie zależy jednak od spełnienia kryteriów, dotyczących między innymi przestrzegania unijnych reguł fiskalnych oraz stabilności finansów publicznych, a Francja ma z tym przecież gigantyczny problem.
Więcej o problemach finansowych UE
8 października ministrowie finansów państw strefy euro oraz EBC wezwali Paryż do uchwalenia wiarygodnego budżetu na 2027 r. Przedstawiciele europejskich instytucji nie widzą jednak podstaw do interwencji na francuskim rynku. Inaczej mówiąc, EBC może przeciwdziałać panice na rynkach finansowych, ale nie ma obowiązku chronić francuskiego rządu przed konsekwencjami jego decyzji. To oznacza, że nawet jeśli Le Pen wygra wybory, będzie musiała zmierzyć się z problemami, których nie da się zmienić wyborczymi obietnicami.
Czy powtórzy się kryzys strefy euro sprzed kilkunastu lat?
Kamil Szczepański przekonuje, że problemy Francji nie muszą oznaczać powtórki kryzysu zadłużeniowego, który kilkanaście lat temu niemal doprowadził do rozpadu strefy euro. Jego zdaniem należy odróżnić problemy finansowe pojedynczego państwa od kryzysu obejmującego system bankowy całej UE.
Przypomnijmy, że podczas kryzysu rozpoczętego w 2010 r. zagrożeniem nie było wyłącznie zadłużenie Grecji. Europejskie banki posiadały obligacje zadłużonych państw, a problemy sektora bankowego i finansów publicznych wzajemnie się napędzały. Osłabienie banków zwiększało koszty ratowania ich przez państwa, a utrata wiarygodności państw uderzała w bilanse instytucji finansowych.
Ten mechanizm, określany jako błędne koło między bankami a państwami, był jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla strefy euro. To właśnie jego ograniczeniu miały służyć późniejsze reformy europejskiego nadzoru bankowego.
Szczepański uważa, że obecnie nie ma wystarczających podstaw, by przewidywać podobny scenariusz w przypadku Francji. Jej zadłużenie nie jest przecież nowym ani ukrytym problemem. Rynki od dawna wiedzą, jak wygląda sytuacja francuskiego budżetu, i stopniowo uwzględniają to ryzyko w wycenie obligacji.
Kto zapłaci za francuskie zadłużenie? Najpewniej sami Francuzi
Zdaniem analityka XTB bardziej prawdopodobny jest jednak inny scenariusz. Francja będzie musiała stopniowo ograniczać wydatki, zwiększać dochody podatkowe albo łączyć oba te rozwiązania.
Taka polityka może oznaczać wolniejszy wzrost świadczeń społecznych, mniejsze wydatki publiczne, zmiany w systemie emerytalnym czy ograniczanie finansowania niektórych usług państwa. Najtrudniejsze okaże się przekonanie społeczeństwa, że wieloletnie życie na kredyt wymaga wyrzeczeń.
O ile sytuacja Francji jest trudna, o tyle ciężar zbilansowania francuskiego budżetu prawdopodobnie poniosą Francuzi oraz rząd, który będzie miał wątpliwy zaszczyt realizować wytyczne instytucji międzynarodowych, a nie rynek czy instytucje finansowe – ocenia Kamil Szczepański z XTB.
Dla Polski nie jest to wiadomość całkowicie obojętna. Francja pozostaje jedną z największych gospodarek Europy. Jeżeli problemy budżetowe przełożą się na słabszą konsumpcję i inwestycje, może to ograniczyć popyt na towary i usługi również z innych państw Unii Europejskiej. Z kolei poważniejsze napięcia na europejskim rynku obligacji mogłyby odbić się na kosztach finansowania także poza strefą euro.
Francuski kryzys nie musi więc oznaczać katastrofy dla wspólnej waluty, żeby w bolesny sposób odcisnąć piętno na całej europejskiej gospodarce. Francji prawdopodobnie nie grozi nagłe odcięcie od finansowania, ale coraz trudniej będzie jej uniknąć rachunku za wieloletnie życie ponad stan. Politycy – niezależnie od tego – kto wygra przyszłoroczne wybory, będą musieli zdecydować, komu ten rachunek wystawić.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.