REKLAMA

Gorąca prognoza pogody na lato. Dlaczego polskie miasta nie biją na alarm?

Dobra wiadomość jest taka, że według prognoz lato 2026 r. nie musi oznaczać nieprzerwanej fali upałów. Zła wiadomość jest taka, że polskie miasta wcale nie potrzebują nieprzerwanej fali upałów, żeby mieć poważny problem.

Teraz w całej Polsce będzie gorąco i sucho. I bardzo drogo
REKLAMA

Wystarczy kilka dni wysokiej temperatury, dłuższa przerwa bez deszczu i jedna gwałtowna ulewa. Dla mieszkańców oznacza to rozgrzane przystanki, usychającą zieleń, przegrzane mieszkania, lokalne podtopienia i kanalizację, która nie nadąża z odbiorem wody. Dla samorządów oznacza rachunek za lata odkładania inwestycji, które jeszcze niedawno łatwo było spychać na później.

Dane IMGW-PIB i komentarze ekspertów od adaptacji klimatycznej pokazują, że miasta wchodzą w sezon podwyższonego ryzyka. Nie chodzi tylko o temperaturę na mapie pogodowej. Chodzi o kumulację zjawisk, które w mieście wzmacniają się nawzajem: upału, suszy, nagrzanego betonu, burz, gwałtownych opadów i przeciążonych systemów odwodnienia.

REKLAMA

Cieplej niż zwykle, opady w normie. Brzmi spokojnie? Tylko pozornie

Najnowsza eksperymentalna prognoza długoterminowa IMGW-PIB na okres od czerwca do września 2026 r. wskazuje, że w czerwcu, lipcu i sierpniu średnia miesięczna temperatura powietrza w całej Polsce będzie powyżej normy wieloletniej z lat 1991–2020. Jednocześnie prognozowana suma opadów dla tych trzech miesięcy ma mieścić się w normie.

Na pierwszy rzut oka można więc wzruszyć ramionami. Będzie ciepło, czasem popada, lato jak lato. Problem polega na tym, że prognoza sezonowa nie mówi, jak dokładnie będą wyglądały kolejne dni. „Opady w normie” nie oznaczają, że deszcz będzie padał regularnie i łagodnie. Mogą oznaczać kilka tygodni suszy, a potem jedną ulewę, która w pół godziny zamieni ulicę w potok.

Prognozy sezonowe trzeba czytać ostrożnie. Pokazują one najbardziej prawdopodobny kierunek zmian temperatury i opadów względem normy klimatycznej. Oznacza to, że „cieplej niż zwykle” nie musi oznaczać ciągłej fali upałów, a „opady w normie” nie wykluczają ani lokalnych ulew, ani długich przerw bez deszczu, tym bardziej że sezonowe prognozy opadów są znacznie mniej precyzyjne niż prognozy temperatur – podkreśla dr inż. Amadeusz Walczak, starszy konsultant ds. ochrony środowiska w Multiconsult Polska, specjalizujący się w opracowywaniu planów adaptacji miast do zmian klimatu.

REKLAMA

Ekspert dodaje, że lato 2026 r. może być cieplejsze od normy, ale przede wszystkim zmienne i dynamiczne. W praktyce oznacza to okresowe fale upałów, fronty atmosferyczne, burze, intensywne opady i chwilowe ochłodzenia.

To nie jest jeszcze zapowiedź problemów, ale dla miast i tak oznacza sezon podwyższonego ryzyka – dodaje dr inż. Amadeusz Walczak.

REKLAMA

Pierwsze ostrzeżenie przyszło już wiosną

Ryzyko klimatyczne nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy termometry pokazują 30 stopni. Tegoroczna wiosna pokazała, że problemem może być także nietypowy rozkład temperatur i opadów.

REKLAMA

Według danych IMGW-PIB marzec 2026 r. był ekstremalnie ciepły. Średnia obszarowa temperatura powietrza w Polsce wyniosła 6,4 st. C i była o 3,3 stopnia wyższa od normy z lat 1991–2020. W klasyfikacji od 1951 r. był to trzeci najcieplejszy marzec w Polsce.

Jednocześnie był to miesiąc skrajnie suchy. Suma opadów wyniosła w marcu zaledwie 10,8 mm, czyli o 27 mm mniej niż norma. Według IMGW-PIB był to trzeci najbardziej suchy marzec w historii regularnych pomiarów instrumentalnych.

Kwietniowe ochłodzenie nie rozwiązało problemu. Pod względem opadów sytuacja nadal była alarmująca. Średnia obszarowa suma opadów wyniosła 11 mm, czyli tylko 30,2 proc. normy. IMGW-PIB wskazał, że był to trzeci najsuchszy kwiecień w historii jednolitych pomiarów instrumentalnych w Polsce.

REKLAMA

To ważne, bo miasta wchodzą w lato już po okresie niedoboru wody. Przesuszona gleba, osłabiona zieleń i nagrzewające się powierzchnie sprawiają, że kolejne tygodnie mogą być dla miejskiej infrastruktury trudniejsze, niż wynikałoby to z samej prognozy temperatur.

Miasto najpierw się nagrzewa, potem nie umie przyjąć wody

Dla mieszkańców problem jest bardzo konkretny. To przystanki bez cienia, chodniki oddające ciepło jeszcze długo po zachodzie słońca, mieszkania, których nie da się schłodzić nocą, wysychające trawniki i drzewa. A potem gwałtowne opady, po których woda zamiast wsiąkać w ziemię, spływa po asfalcie i betonie.

Dlatego pojedyncze zjawiska pogodowe nie opisują już całego problemu. Miasto działa trochę jak patelnia i wanna jednocześnie. Najpierw się nagrzewa i przesusza, a potem nie jest w stanie szybko przyjąć dużej ilości wody.

REKLAMA

Fale upałów, susze i podtopienia coraz częściej są elementami tego samego kłopotu: zaburzonego obiegu wody i ciepła w mieście. Okresy wysokich temperatur oraz braku opadów prowadzą do przesuszenia i nagrzewania powierzchni, a późniejsze intensywne deszcze trafiają na zabetonowaną przestrzeń i systemy odwodnienia, które nie zawsze są przygotowane na tak gwałtowny dopływ wody.

Letni kryzys w mieście nie musi więc wyglądać jak spektakularna katastrofa. Może zacząć się od kilku dni, podczas których seniorzy, dzieci i osoby chore gorzej znoszą temperaturę. Później przychodzi ulewa, zalane przejścia podziemne, nieprzejezdne ulice, uszkodzona zieleń i rosnące koszty sprzątania oraz napraw.

REKLAMA

Gdańsk, Rzeszów i Opole pokazują, że jedno rozwiązanie nie wystarczy

Skutki zmian klimatu w miastach mają bardzo lokalny charakter. Dobrze widać to na przykładzie Rzeszowa, Gdańska i Opola. W każdym z tych miast można mówić o ociepleniu, ale konkretne zagrożenia nie wyglądają identycznie.

REKLAMA

W Opolu i Rzeszowie liczba dni gorących, czyli dni z temperaturą maksymalną powyżej 25 st. C, przekracza nawet 60 rocznie. W Gdańsku utrzymuje się na poziomie około 21–24 dni. Różnice dotyczą też opadów i zjawisk ekstremalnych. W ostatniej analizowanej dekadzie sumy opadów w Rzeszowie i Opolu spadły odpowiednio do około 564 mm i 550 mm rocznie, podczas gdy Gdańsk stabilizował się na poziomie nieco ponad 600 mm.

Szczególnie mocno wygląda przykład Opola, które w ostatniej dekadzie miało średnio 275 dni bez opadu w roku. To może świadczyć o rosnącej częstotliwości okresów suchych.

Nie ma jednej uniwersalnej recepty na odporność klimatyczną miasta, ponieważ zmiany klimatu i ich skutki nie przebiegają identycznie w całej Polsce. Inne trendy i zagrożenia obserwujemy w miastach nadmorskich, inne w centralnej Polsce, gdzie coraz większym problemem stają się susze i deficyt wody, a jeszcze inne w południowej części kraju, potencjalnie częściej narażonej na intensywne opady, wezbrania i gwałtowne zjawiska burzowe – wskazuje dr inż. Amadeusz Walczak.

REKLAMA

Jedne miasta będą więc musiały szybciej inwestować w ograniczanie miejskich wysp ciepła, inne w retencję, przebudowę odwodnienia, rozwój terenów zielonych albo procedury reagowania kryzysowego. Wspólny mianownik jest jeden: adaptacja musi zejść z poziomu strategii na poziom konkretnych inwestycji.

Więcej naszych artykułów o pogodzie i zmianach klimatu

REKLAMA

Plany adaptacji to dopiero początek

Od 2025 r. miasta powyżej 20 tys. mieszkańców mają obowiązek przygotować miejskie plany adaptacji. Mają one opierać się między innymi na analizie lokalnych zjawisk meteorologicznych i hydrologicznych. To w tych dokumentach samorządy powinny wskazać, jak chcą rozwijać zieleń, zwiększać retencję, zagospodarowywać deszczówkę i ograniczać skutki upałów, suszy czy lokalnych podtopień.

Sam dokument nie zatrzyma jednak fali upałów i nie odbierze nadmiaru wody z ulicy. Potrzebne są pieniądze, projekty i konsekwencja. Dla wielu samorządów to będzie trudne, bo adaptacja klimatyczna konkuruje o środki z transportem, edukacją, mieszkalnictwem i bieżącym utrzymaniem miasta.

Problem widzą już sami mieszkańcy. Z badania Biostat przeprowadzonego na zlecenie Multiconsult Polska w 2025 r. wynika, że 85 proc. badanych osobiście odczuwa skutki zmian klimatu. Najczęściej wskazują na cieplejsze zimy i bardziej suche lata, o czym mówi 73 proc. respondentów. Z kolei 48 proc. badanych zwraca uwagę na gwałtowne zjawiska pogodowe, takie jak burze, silne wiatry czy powodzie, a 31 proc. dostrzega zmiany w przyrodzie.

To oznacza, że adaptacja miast nie jest już abstrakcyjnym tematem z urzędowych dokumentów. Dla mieszkańców to pytanie o cień na ulicy, drzewa pod blokiem, wodę w piwnicy, przegrzane mieszkanie i bezpieczeństwo w czasie burzy.

REKLAMA

Konieczność adaptacji miast to wyzwanie infrastrukturalne, społeczne i finansowe. Fale upałów są ryzykiem dla zdrowia mieszkańców, obciążeniem systemu energetycznego, susza pogarsza warunki zieleni, a intensywne opady ujawniają słabe punkty sieci kanalizacyjnych i przestrzeni publicznych. Dobrze przygotowany plan pozwala ograniczać koszty zanim pojawi się kryzys – podsumowuje dr inż. Amadeusz Walczak.

Dla samorządów to nie jest już pytanie o to, czy warto sadzić więcej drzew, zatrzymywać deszczówkę albo przebudowywać systemy odwodnienia. To pytanie o koszty zaniechania. Każda fala upałów, każda susza i każda gwałtowna ulewa coraz mocniej pokazują, że „zwykła pogoda” potrafi szybko zamienić się w problem infrastrukturalny.

REKLAMA
Arek Braumberger
Redaktor

Szef redakcji Bizblog.pl. Pisze o gospodarce, makroekonomii i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, jako dziennikarz pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim przygotowywał między innymi kilka edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA