Rząd obiecuje przedsiębiorcom kasę fiskalną w telefonie, e-paragony i e-VAT. Na papierze „Deregulacja 2.0” wygląda jak pakiet, na który małe firmy czekały od lat. Problem w tym, że największe ułatwienie może okazać się także największą pułapką.

Pakiet „Deregulacja 2.0” przedstawili 6 lipca minister finansów i gospodarki Andrzej Domański oraz minister do spraw nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu Maciej Berek. Ministerstwo Finansów przekonuje, że chodzi o uproszczenie rozliczeń oraz poprawę relacji między administracją skarbową a podatnikami i przedsiębiorcami. Wśród propozycji są między innymi aplikacja online zamiast kasy fiskalnej, wstępnie wypełniona deklaracja VAT, dłuższy termin na odwołanie od decyzji podatkowej i jasne ramy czynności sprawdzających.
Ma być prościej i ma być pewniej – zapowiada Andrzej Domański, minister finansów i gospodarki.
To hasło brzmi dobrze, ale w podatkach od hasła ważniejsze są szczegóły. A te będą decydować o tym, czy pakiet faktycznie zdejmie z przedsiębiorców część biurokratycznych obciążeń, czy tylko przeniesie je w nowe, cyfrowe miejsce.
Kasa fiskalna w telefonie. Małe firmy mogą odetchnąć
Pierwsza propozycja może mieć bardzo praktyczne znaczenie dla drobnego handlu, usług mobilnych i mikroprzedsiębiorców. Rząd chce, żeby zamiast fizycznej kasy fiskalnej podatnik mógł korzystać z prostej, darmowej aplikacji na urządzeniu mobilnym. Klient miałby otrzymać paragon z kodem QR albo e-paragon. Tradycyjne kasy, zarówno sprzętowe, jak i wirtualne online, mają pozostać dostępne dla tych firm, które wolą obecny model.
Dla dużej firmy to po prostu kolejna opcja, dla małej rewolucja.
To zmiana o dużym praktycznym znaczeniu, szczególnie dla mikroprzedsiębiorców i drobnego handlu, dla których zakup, serwisowanie i przeglądy kasy fiskalnej to realny koszt stały – wskazuje w rozmowie z Bizblogiem Piotr Juszczyk, główny doradca podatkowy inFaktu.
Jego zdaniem ważne jest jednak zastrzeżenie, że rozwiązanie ma być dobrowolne. To nie ma być rewolucja z dnia na dzień, która zmusi wszystkich do porzucenia kas fiskalnych, a dodatkowa opcja dla tych, którym aplikacja ułatwi pracę.
Rzeczywista wartość tej zmiany będzie zależała od tego, jak szybko aplikacja trafi do podatników i czy obejmie realnie wszystkie branże wymagające ewidencji sprzedaży, w tym te sezonowe i mobilne, które najbardziej odczuwają dziś sztywność wymogu posiadania kasy – podkreśla Juszczyk.
Kierunek jest więc dobry, ale dopiero praktyka pokaże, czy mały przedsiębiorca dostanie tańsze i wygodniejsze narzędzie, czy kolejną aplikację, która dobrze wygląda, ale gorzej działa.
VAT jak PIT? To może być najważniejsza zmiana w pakiecie
Największe znaczenie dla prowadzących firmy ma inna propozycja: wstępnie wypełniona deklaracja VAT. Ministerstwo Finansów zapowiada, że dzięki e-paragonom administracja będzie mogła przygotować za podatnika wstępną deklarację e-VAT. Rozwiązanie ma objąć ok. 2 mln podatników VAT. Podatnik miałby zweryfikować dane i zatwierdzić wysyłkę.
Na pierwszy rzut oka brzmi to jak podatkowe marzenie. Skoro miliony Polaków mogą dziś rozliczyć PIT w usłudze przygotowanej przez administrację, to dlaczego podobnie nie miałoby być z VAT? Problem polega na tym, że VAT nie jest PIT-em.
Więcej naszych wpisów o podatkach
Roczny PIT wielu pracowników opiera się na informacji od pracodawcy, ewentualnie dokumentach dotyczących zysków kapitałowych czy ulg.
VAT to zupełnie inna skala złożoności: do KSeF wpływają faktury o różnym charakterze, z których część uprawnia do pełnego odliczenia, część do żadnego, a część – jak np. paliwo czy sprzedaż mieszana – tylko do częściowego odliczenia w ustalonej proporcji – zauważa ekspert inFaktu.
To właśnie tu pojawia się ryzyko. System może znać faktury, kwoty i kontrahentów, ale nie zawsze będzie znał pełny kontekst działalności podatnika. A bez niego łatwo o błąd w odliczeniu VAT. Przedsiębiorca może zobaczyć gotowy plik przygotowany przez administrację i uznać, że skoro przygotował go urząd, to wszystko jest poprawne.
Podatnicy mogą klikać na zasadzie: urząd przygotował, to znaczy, że jest dobrze. A to pułapka – ostrzega Piotr Juszczyk.
To zdanie dobrze pokazuje największy problem. Wstępnie wypełniona deklaracja może być realnym ułatwieniem, ale tylko wtedy, gdy przedsiębiorca rozumie, że nadal musi ją sprawdzić. „Jedno kliknięcie” może być wygodne, ale nie powinno oznaczać ślepego zatwierdzania danych.
Odpowiedzialność zostanie po stronie podatnika
Najważniejsze pytanie brzmi: kto poniesie konsekwencje, jeśli gotowa deklaracja okaże się błędna? Ministerstwo Finansów mówi o ułatwieniu, ale w podatkach odpowiedzialność za rozliczenie co do zasady spoczywa na podatniku. To oznacza, że mała firma może dostać dokument przygotowany przez administrację, a mimo to odpowiadać za jego błędne zatwierdzenie.
Jeśli podatnik przyzwyczai się do klikania gotowego draftu, a system błędnie zakwalifikuje odliczenie, może dojść do zaniżenia VAT do zapłaty, z konsekwencjami po stronie podatnika, nie administracji – wskazuje ekspert.
To nie przekreśla całego pomysłu. Wstępnie wypełniony VAT może być dużym krokiem naprzód, zwłaszcza dla firm z prostym modelem działalności. Może ograniczyć liczbę błędów technicznych, przyspieszyć rozliczenia i zmniejszyć koszty obsługi księgowej. Warunek jest jeden: państwo nie może sprzedawać tego rozwiązania jako podatkowego autopilota.
Lepiej mówić wprost: administracja przygotuje szkic, ale podatnik nadal musi wiedzieć, co zatwierdza. Dla części przedsiębiorców to będzie duża pomoc. Dla innych – tylko kolejny dokument do sprawdzenia.
Fiskus nie będzie mógł trzymać firmy w niepewności
Trzecia zmiana jest mniej efektowna niż kasa fiskalna w telefonie i VAT jednym kliknięciem, ale dla przedsiębiorców może być równie ważna. Chodzi o czynności sprawdzające. Ministerstwo Finansów podaje, że rocznie prowadzonych jest ok. 2,5 mln takich postępowań. Po zmianach podatnik ma otrzymać jasną informację, kiedy czynności się rozpoczynają i kiedy muszą się zakończyć.
Dzisiaj dla wielu firm wygląda to dużo mniej przejrzyście.
W praktyce wygląda to tak: fiskus wzywa na przykład do przedłożenia dokumentów albo prosi o wyjaśnienia, podatnik odpowiada i potem cisza – opisuje ekspert inFaktu.
I dodaje, że wielokrotnie spotykał się z sytuacją, w której przedsiębiorca po kilku tygodniach sam dzwonił do urzędu, żeby dowiedzieć się, że sprawa jest już zakończona i wszystko jest w porządku.
W dobie e-Urzędu Skarbowego automatyczny komunikat o zamknięciu czynności sprawdzających nie powinien być luksusem. To prosta informacja, która daje podatnikowi poczucie bezpieczeństwa. Szczególnie że urząd ma też sam sięgać po dokumenty, które już ma w systemach. Przedsiębiorca ma być wzywany tylko o to, czego nie da się pobrać automatycznie.
To jedna z tych zmian, które nie brzmią spektakularnie, ale mogą najmocniej poprawić codzienne relacje małej firmy z fiskusem.
Dłuższy czas na odwołanie i interpretacje na pięć lat
W pakiecie jest też kilka propozycji, które mogą mieć mniejsze znaczenie dla przeciętnego konsumenta, ale dla firm i księgowych są ważne. Termin na złożenie odwołania od decyzji podatkowej ma zostać wydłużony z 14 do 30 dni. Ministerstwo Finansów podaje, że tylko w 2025 r. podatnicy złożyli 6,5 tys. odwołań, a obecny termin często nie wystarcza nawet na zebranie dokumentów.
To rozsądna zmiana. Czternaście dni w skomplikowanej sprawie podatkowej potrafi minąć, zanim przedsiębiorca zbierze dokumenty, skontaktuje się z księgowym i prawnikiem oraz zrozumie, czego właściwie dotyczy decyzja.
Kolejna sprawa to interpretacje indywidualne. Rząd chce wprowadzić pięcioletni okres ich ważności. MF tłumaczy, że rocznie wydawanych jest ok. 25 tys. interpretacji, a łącznie wydano ich już ponad pół miliona. To utrudnia ocenę, które stanowiska są nadal aktualne.
Ekspert zwraca jednak uwagę na drugą stronę medalu.
Ochrona podatnika przy zmianie interpretacji w trakcie jej życia to konkretny zysk. A z drugiej strony, jednak co 5 lat trzeba będzie występować o interpretacje, jeśli stan będzie dalej trwał – wskazuje doradca podatkowy.
Podatek od nieruchomości też ma być prostszy
W pakiecie znalazły się również propozycje dotyczące podatku od nieruchomości. Jedna z nich zakłada, że współwłaściciel nieruchomości nie będzie odpowiadał za całość podatku, ale wyłącznie proporcjonalnie do swojego udziału. To ma zakończyć praktykę ściągania pełnej kwoty od jednej osoby.
Druga zmiana dotyczy interpretacji w podatkach lokalnych. Dzisiaj interpretacje dotyczące podatku od nieruchomości wydaje blisko 2500 gmin, każda według własnej praktyki. Po zmianach jednolite interpretacje obowiązujące w całej Polsce ma wydawać jeden organ. Dla firm działających w wielu lokalizacjach może to być duże uproszczenie.
Dziś to blisko 2500 gmin z własną praktyką, co jest realnym problemem dla firm działających w wielu lokalizacjach – zauważa Piotr Juszczyk.
To ważny wątek, bo podatek od nieruchomości od dawna jest jednym z najbardziej problematycznych obszarów dla przedsiębiorców. Firmy posiadające hale, magazyny, lokale, grunty czy infrastrukturę w różnych gminach muszą mierzyć się z rozbieżną praktyką lokalnych organów. Jednolita interpretacja nie rozwiąże wszystkich sporów, ale może ograniczyć chaos.
Deregulacja będzie testowana w praktyce
Pakiet „Deregulacja 2.0” zawiera także inne propozycje: połowę odsetek przy samodzielnej korekcie błędu, rozszerzenie zasady milczącej zgody, zasadę istotności przy błahych transakcjach, lepszą ochronę podatnika po czynnościach sprawdzających, nowe zasady zaświadczeń o niezaleganiu i rozszerzenie wiążących informacji podatkowych na PIT i CIT.
Sporo zmian, ale nie wszystkie będą równie ważne dla małych firm. Najbardziej masowy charakter mają trzy rozwiązania: aplikacja zamiast kasy fiskalnej, wstępnie wypełniona deklaracja VAT oraz jasne terminy czynności sprawdzających. To one mogą realnie zmienić codzienny kontakt podatnika z administracją.
Największy znak zapytania dotyczy jednak VAT. Tu cyfryzacja może pomóc, ale może też uśpić czujność przedsiębiorców. W podatkach najgroźniejsze bywają nie te obowiązki, które wyglądają na skomplikowane, lecz te, które wyglądają zbyt prosto. Jedno kliknięcie jest wygodne. Pod warunkiem, że przedsiębiorca naprawdę wie, co zatwierdza.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.