Trafił się jeden cwaniak, ścigają wszystkich. Za chwilę będą płakać i biadolić
Amnezja? Pomroczność jasna? Rozszczepienie jaźni? Czy wszystko na raz? Politycy udają wielkie oburzenie, bo jeden cwany medyk naciągnął NFZ na 1,5 mln zł. Przepraszam, a kto stworzył ten system? Lekarze?

Jeszcze niedawno opowieść o polskiej ochronie zdrowia była prosta i ponura. Lekarzy jest za mało, młodzi patrzą na Zachód, dyżurów nie ma kim obstawić, a pacjenci czekają miesiącami na wizytę. Państwo, samorządy i dyrektorzy szpitali wiedzieli jedno. Jeżeli chcemy zatrzymać medyków w Polsce, trzeba zacząć płacić im lepiej.
No to zaczęliśmy. Nie zawsze rozsądnie. Nie zawsze przejrzyście. Nie zawsze w sposób, który dobrze układa interes pacjenta, lekarza, szpitala i podatnika. Ale zaczęliśmy. Po latach narzekania, że lekarze wyjeżdżają, doszliśmy do momentu, w którym części z nich bardziej opłaca się zostać w Polsce.
To powinien być sukces. Tymczasem po jednej głośnej aferze ton debaty gwałtownie się zmienił. Nagle najważniejsze pytanie nie brzmi już: jak zatrzymać lekarzy w publicznym systemie, tylko: ile oni właściwie zarabiają? Sejm bez jednego głosu sprzeciwu przyjął ustawę, która pozwoli państwu dokładniej sprawdzać wynagrodzenia medyków. Dane mają być powiązane z numerem PESEL albo numerem prawa wykonywania zawodu. Za głosowało 253 posłów, nikt nie był przeciw, 177 posłów wstrzymało się od głosu.
Oficjalnie chodzi o transparentność, lepszą wycenę procedur i bezpieczeństwo pacjentów. To są poważne argumenty. Jeżeli publiczny system płaci za świadczenia, powinien wiedzieć, komu płaci, za co płaci i czy za pieniędzmi idzie realna dostępność lekarza.
Problem zaczyna się wtedy, gdy z narzędzia do porządkowania finansów robi się pałkę do opowiadania, że winni są „bogaci lekarze”.
Milionowe zarobki robią wrażenie. Skala zjawiska też
Debata przyspieszyła po sprawie lekarza w trakcie specjalizacji, który w 2025 r. miał zarobić 1,6 mln zł. To kwota, która działa na wyobraźnię. Działa zwłaszcza wtedy, gdy zestawi się ją z kolejkami do specjalistów, zamykanymi oddziałami i pacjentami odsyłanymi od placówki do placówki.
Tyle że z jednej sprawy nie da się uczciwie zrobić portretu całego środowiska.
Według danych Centralnego Rejestru Lekarzy prowadzonego przez Naczelną Izbę Lekarską prawo wykonywania zawodu ma ponad 156 tys. medyków. Lekarzy z rocznymi zarobkami przekraczającymi milion złotych ma być około 600. To mniej niż 0,4 proc. osób z prawem wykonywania zawodu.
To dużo czy mało? Zależy, o co pytamy.
Jeżeli pytamy podatnika, czy państwo powinno sprawdzić, skąd biorą się takie wynagrodzenia w systemie finansowanym ze środków publicznych, odpowiedź brzmi: oczywiście, powinno. Jeżeli pytamy, czy 600 przypadków może stać się wygodnym symbolem całej ochrony zdrowia, odpowiedź brzmi: nie, nie może.
Największym paradoksem jest to, że część wysokich wynagrodzeń nie musi być źródłem problemu, lecz jego objawem. Gdy w systemie brakuje ludzi, cena pracy rośnie. Tak działa rynek. Widzimy to u elektryków, kierowców, informatyków, spawaczy i fachowców budowlanych. Tylko w przypadku lekarzy udajemy czasem zaskoczenie, że deficytowy specjalista może dyktować warunki.
Państwo powinno liczyć pieniądze. Ale nie powinno udawać zdziwienia
Ministerstwo Zdrowia przekonuje, że nowe przepisy mają pomóc w poznaniu realnej struktury wynagrodzeń w ochronie zdrowia. To ważne, bo w systemie funkcjonują etaty, kontrakty, kilka miejsc pracy, różne formy świadczenia usług i różne modele rozliczeń. Bez połączenia danych państwo widzi fragmenty układanki, ale nie zawsze widzi cały obraz.
Przede wszystkim pozwoli nam poznać strukturę faktycznych wynagrodzeń w ochronie zdrowia. Jak państwo wiecie, debata na ten temat toczy się nie tylko od wielu miesięcy, ale od wielu lat – zaznacza minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda.
To rozsądny argument. Państwo musi wiedzieć, jak wydaje pieniądze z NFZ. Musi też wiedzieć, czy system nie premiuje patologicznej wieloetatowości, fikcyjnej dostępności albo sytuacji, w której ta sama osoba formalnie zabezpiecza kilka miejsc naraz.
Tylko że taka wiedza powinna prowadzić do naprawy mechanizmu, a nie do pokazowego spektaklu. Jeśli lekarz zarabia milion złotych dzięki pustym dyżurom, źle skonstruowanym kontraktom albo papierowemu zabezpieczeniu świadczeń, mamy skandal. Jeśli zarabia milion, bo pracuje ponad siły w kilku placówkach, mamy inny skandal: publiczna ochrona zdrowia miejscami potrzebuje takiego trybu pracy, żeby w ogóle się nie rozpaść.
To rozróżnienie łatwo zgubić w politycznej awanturze.
Najpierw zatrzymywaliśmy lekarzy pieniędzmi. Teraz odkrywamy rachunek
Przez lata słyszeliśmy, że lekarzy jest za mało. Że młodzi nie chcą harować za stawki niepasujące do odpowiedzialności. Że prywatny sektor wyciąga specjalistów z publicznych placówek. Że Zachód płaci lepiej, oferuje lepsze warunki i mniej organizacyjnego chaosu.
Jednej z największych bolączek ochrony zdrowia nie rozwiązaliśmy. Przynajmniej przestaliśmy ją pogłębiać niskimi płacami. Lekarzom zaczęło się bardziej opłacać zostać w Polsce. I właśnie wtedy państwo zaczęło nerwowo liczyć, ile to kosztuje.
Oczywiście można i trzeba pytać, czy pieniądze są wydawane racjonalnie. Można sprawdzać, czy wynagrodzenia odpowiadają rzeczywistej pracy. Można badać, czy dyrektorzy placówek nie przepłacają, bo zostali postawieni pod ścianą. Można wreszcie analizować, czy wyceny procedur nie tworzą zachęt, które wypaczają cały system.
Nie można jednak sprowadzić sprawy do opowieści, że lekarze są za bogaci, więc wystarczy ich mocniej przycisnąć.
Za chwilę Polska wejdzie w jeszcze trudniejszy etap. Społeczeństwo będzie się starzeć, pacjentów wymagających częstszej opieki będzie więcej, a presja na ochronę zdrowia wzrośnie. W takim świecie lekarz nie stanie się mniej potrzebny. Stanie się jeszcze bardziej potrzebny.
Jeżeli dziś zrobimy z lekarskich wynagrodzeń polityczny straszak, jutro możemy wrócić do punktu wyjścia. Znów będziemy się dziwić, że medycy wybierają prywatny sektor, ograniczają pracę w publicznych placówkach albo wyjeżdżają tam, gdzie za podobną odpowiedzialność dostają więcej spokoju i lepszą organizację pracy.
Transparentność tak. Polowanie na środowisko nie
Samorząd lekarski próbuje sprowadzić rozmowę z poziomu emocji na poziom systemu. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski zwrócił się do premiera Donalda Tuska o spotkanie po deklaracji dotyczącej reformy ochrony zdrowia we współpracy z samorządem lekarskim.
Jestem przekonany, że bezpośrednie spotkanie stworzyłoby możliwość merytorycznej wymiany poglądów oraz omówienia kluczowych kwestii związanych z planowanymi działaniami w obszarze ochrony zdrowia – napisał Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.
I bardzo dobrze, bo rozmowa jest tu potrzebna bardziej niż szybka polityczna diagnoza.
Ustawa o danych płacowych może być potrzebna. Może pomóc w uczciwej wycenie procedur, sprawdzeniu wieloetatowości i pokazaniu, gdzie publiczny system płaci za realną pracę, a gdzie za papierową dostępność. Może też pomóc pacjentom, jeżeli dzięki niej pieniądze zostaną lepiej powiązane z faktycznym leczeniem.
Ale ta sama ustawa może stać się wygodnym narzędziem do budowania atmosfery podejrzliwości wobec całego środowiska. To byłby błąd. Polska nie ma nadmiaru lekarzy. Polska ma ochronę zdrowia, która przez lata była łatana nadgodzinami, kontraktami, dyżurami i indywidualnym wysiłkiem ludzi pracujących często ponad rozsądną miarę.
Polska ochrona zdrowia nie ma problemu z tym, że około 600 lekarzy zarabia ponad milion złotych rocznie. Ma problem z tym, że bez nadgodzin, kontraktów, dyżurów i pracy w kilku miejscach naraz system miejscami przestaje się spinać.
Jeżeli nowe przepisy pomogą to uczciwie policzyć, dobrze. Jeżeli posłużą do politycznego wskazania winnych, właśnie strzelamy sobie w stopę. W dodatku tuż przed demograficzną ścianą.
Najpierw baliśmy się, że lekarze wyjadą. Potem zaczęliśmy płacić im tyle, żeby części z nich opłacało się zostać. Teraz dziwimy się, że rachunek jest wysoki. W ochronie zdrowia rachunek zawsze ktoś płaci. Jeśli nie państwo i NFZ, to pacjent. Czasem pieniędzmi, a czasem zdrowiem i życiem.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.