W kampanii można obiecać wszystko. Można rozdać wszystko. Można też podpalić wszystko – zaufanie, relacje z sąsiadami, bezpieczeństwo i elementarną przewidywalność państwa. Problem polega na tym, że gospodarka takich sztuczek nie uznaje. Ona zawsze wystawia rachunek.

Burza o możliwe przekazanie Ukrainie pocisków do systemów Patriot jest czymś więcej niż kolejną polityczną awanturą. To kolejny element kampanii, w której część prawicy będzie grała antyukraińskimi emocjami coraz ostrzej. Nie dlatego, że nagle odkryła w sobie potrzebę spokojnej debaty o stanie polskiej obrony powietrznej. Raczej dlatego, że zobaczyła, gdzie uciekają wyborcy.
PiS już nie boi się Platformy. PiS boi się Konfederacji i Brauna. A kiedy partia boi się konkurencji z prawej strony, zaczyna mówić jej językiem. Dla gospodarki to fatalna wiadomość.
Kampania ma swoje koszty
Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział odtajnienie wszystkich donacji sprzętowych dla Ukrainy z lat 2022-2026. I dobrze. Państwo ma obowiązek tłumaczyć obywatelom, co robi ze sprzętem wojskowym, jak zabezpiecza własne zdolności i kto podejmował decyzje w najważniejszych sprawach bezpieczeństwa.
Jeżeli Polska rzeczywiście przekazała Ukrainie pociski PAC-3 MSE do systemów Patriot, rząd powinien jasno wyjaśnić, w jakim trybie do tego doszło, kto był informowany i jak wygląda plan uzupełnienia tych zasobów. To nie są pytania antyukraińskie. To są pytania państwowe.
Problem zaczyna się tam, gdzie poważna kontrola władzy zamienia się w polityczną produkcję histerii. A właśnie to widzimy. Wystarczy kilka słów-kluczy: „tajemnica”, „za plecami Polaków”, „oddali Ukrainie”, „kosztem naszego bezpieczeństwa”. I już nie rozmawiamy o procedurach, magazynach, kontraktach, terminach dostaw ani realnych zdolnościach armii. Rozmawiamy o emocjach.
To wygodne w kampanii. Tanie w produkcji. Droższe w skutkach.
Gdy walkę wyborczą toczy się bez zwracania uwagi na koszty ekonomiczne, społeczne i polityczne, gospodarka zawsze przegrywa. To zdanie powinno wisieć w każdym sztabie wyborczym nad ekspresem do kawy. Zwłaszcza w tych sztabach, które uznały, że antyukraińska karta może dać kilka dodatkowych punktów procentowych.
Biznes nie inwestuje w atmosferze politycznego pożaru
Przedsiębiorcy mogą mieć różne poglądy na politykę. Mogą głosować na różne partie. Mogą spierać się o podatki, składki, prawo pracy, energetykę i relacje z Unią Europejską. Ale w jednej sprawie są zwykle zgodni: biznes potrzebuje przewidywalności.
Więcej naszych wpisów na temat Ukrainy
Nie ma inwestycji bez zaufania. Nie ma zaufania bez stabilnego państwa. Nie ma stabilnego państwa, jeśli strategiczne decyzje dotyczące wojny za naszą granicą są co kilka dni przerabiane na kampanijne granaty.
Polska leży przy granicy największej wojny w Europie od dekad. To już samo w sobie podnosi cenę ryzyka. Firmy płacą za to w ubezpieczeniach, kosztach finansowania, decyzjach inwestorów, logistyce, eksporcie i planowaniu długoterminowym. Jeżeli do tego dokładamy polityków, którzy w imię wyborczej licytacji sugerują, że każda pomoc Ukrainie jest podejrzana, to dokładamy gospodarce kolejny koszt.
Nie widać go od razu na paragonie. Nie przychodzi jako faktura z terminem płatności 14 dni. Ale ten koszt istnieje. Płaci się go słabszą wiarygodnością państwa, większą niepewnością i mniejszą gotowością do podejmowania ryzyka. A gospodarka bez ryzyka nie rośnie. Ona się kuli.
Antyukraińska histeria uderza także w polskie firmy
To jest najbardziej absurdalna część tej historii. Politycy, którzy najgłośniej krzyczą o interesie Polski, mogą w praktyce uderzyć w bardzo konkretne polskie interesy. Ukraina nie jest dla nas tylko tematem moralnym albo geopolitycznym. To sąsiedni rynek, korytarz transportowy, przyszły obszar wielkiej odbudowy i bufor bezpieczeństwa. Od wyniku wojny zależy, ile Polska będzie musiała wydawać na armię, ochronę granic, energetykę, infrastrukturę i bezpieczeństwo wewnętrzne.
Jeżeli Ukraina przegrywa, Polska nie staje się bogatsza. Staje się bardziej zagrożona i droższa w utrzymaniu.
Jeżeli Zachód traci jedność, polski biznes nie zyskuje wolności. Zyskuje większe ryzyko.
Jeżeli politycy robią z Ukrainy wygodnego wroga zastępczego, polskie firmy nie dostają prezentu. Dostają bardziej nerwowe otoczenie, słabszą pozycję negocjacyjną i większy chaos.
To naprawdę nie jest skomplikowane. Wojna zawsze wystawia rachunek. Chaos zawsze wystawia rachunek. Populizm też zawsze wystawia rachunek. Różnica polega tylko na tym, że populista zwykle jest już po kampanii, gdy faktura trafia do podatników i przedsiębiorców.
Pytania są potrzebne. Rozkręcanie nienawiści nie
Nie ma żadnego powodu, żeby rządowi dawać w tej sprawie taryfę ulgową. Wręcz przeciwnie. Jeżeli doszło do przekazania najcenniejszych elementów obrony powietrznej, opinia publiczna powinna dostać możliwie pełną informację. Rząd musi odpowiedzieć, jak zabezpieczono polskie potrzeby i czy ktoś próbował grać tajemnicami państwowymi w bieżącej walce politycznej.
Ale czym innym jest rozliczanie władzy, a czym innym budowanie atmosfery, w której każde wsparcie Ukrainy brzmi jak zdrada. Czym innym jest pytanie o stan polskiej armii, a czym innym mruganie do wyborców karmionych od miesięcy opowieścią, że Ukrainiec jest problemem samym w sobie.
Czym innym jest troska o polskie niebo, a czym innym walka o głosy ludzi, którym podsuwa się prostą emocję: „oni dostali, ty straciłeś”. Tak się nie buduje państwa. Tak się buduje polityczny pożar.
To może być najdroższa kampania od lat
PiS widzi, że na prawo od niego rośnie konkurencja. Konfederacja i Braun od dawna grają na antyukraińskich emocjach bez większych hamulców. Teraz część PiS najwyraźniej uznała, że nie może pozwolić sobie na elegancję, odpowiedzialność i państwowy ton, bo wyborca odpłynie tam, gdzie krzyczą mocniej.
To jest logika licytacji bez końca. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie coś brutalniej. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zasugeruje więcej. Zawsze znajdzie się ktoś, kto z bezpieczeństwa zrobi jeszcze bardziej prymitywny mem.
A potem wszyscy będą udawać zdziwienie, że w Polsce rośnie niechęć do Ukraińców, że debata publiczna dziczeje, że sojusznicy patrzą na nas z niepokojem, a biznes zaczyna pytać, czy państwo przy granicy wojny naprawdę potrafi zachować powagę.
Za kampanię prowadzoną bez liczenia kosztów zawsze płaci gospodarka. A razem z nią firmy, ich pracownicy i podatnicy.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.