Nawet 6 mld zł kosztów dla państwa, w tym ponad 3 mld zł w postaci nagród dla poszukiwaczów skarbów z detektorami metali. Takie mogą być skutki wprowadzenia nowelizacji ustawy o zabytkach, którą szykuje rząd. Sprawa wywołała ostry spór środowiska poszukiwaczy z naukowcami.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego chce wprowadzić nagrody pieniężne za cenne znaleziska odnalezione za pomocą wykrywaczy metali, ale nowe zasady są niezwykle kontrowersyjne i nie chodzi tylko o gigantyczne pieniądze, które będzie można zarobić. Archeolodzy alarmują, że takie zmiany oznaczają faktyczną abdykację państwa z ochrony dziedzictwa narodowego pod presją środowiska poszukiwaczy.
Zgłoszenie w apce
Zaznaczmy, że sprawa nie jest nowa. Nowelizację uchwalono w lipcu 2023 r., czyli jeszcze za rządów dzisiejszej opozycji, ale jej wejście w życie przesuwano kilkakrotnie. Obecny termin to 1 stycznia 2027 r.
Co ma się zmienić? Przede wszystkim to, że zamiast ubiegać się o zgodę wojewódzkiego konserwatora zabytków, poszukiwacz ma zgłaszać wyprawę przez... apkę. Wystarczy podać swoje dane, obszar poszukiwań i potwierdzić zgodę właściciela terenu. System ma automatycznie wystawiać potwierdzenie.
Druga wielka zmiana to nowe zasady wynagradzania za odkrycia. Osoby zgłaszające zabytki archeologiczne będą mogły otrzymywać nagrody pieniężne, a w wyjątkowych przypadkach ich wysokość ma przekraczać 260 tys. zł. Za pozostałe przedmioty przewidziano dyplomy. Według krytyków takie rozwiązanie może jednak zachęcać do masowego zgłaszania znalezisk, a nawet przedstawiania przedmiotów wykopanych nielegalnie wiele lat temu jako nowych odkryć.
Największe emocje wzbudziły wyliczenia resortu kultury. Według przedstawionych szacunków same nagrody mogłyby kosztować 3,25 mld zł rocznie, a ekspertyzy oceniające wartość znalezisk kolejne 3 mld zł rocznie. Do tego dochodzą wydatki na obsługę zgłoszeń, nowe etaty, samochody i magazyny. Łączny rachunek dla państwa przekracza 6 mld zł rocznie.
Więcej o działalności Ministerstwa Kultury:
Archeolodzy ostrzegają, że nowe zasady mogą zagrozić ochronie dziedzictwa narodowego. Poszukiwacze z wykrywaczami metali mogliby działać niemal natychmiast, podczas gdy zawodowi badacze muszą spełniać liczne wymagania. Problemem jest też brak dokładnych cyfrowych map stanowisk archeologicznych. Bez nich aplikacja może nie być w stanie skutecznie blokować poszukiwań w miejscach, gdzie są one zabronione. Muzea obawiają się też napływu kolejnych przedmiotów, na których przechowywanie i konserwację brakuje pieniędzy.
Co mówią poszukiwacze?
Zupełnie inaczej sytuację ocenia Polski Związek Eksploratorów. Jego przedstawiciele uznają miliardowe prognozy za nierealne i przekonują, że resort przyjął skrajnie pesymistyczne założenia. Wskazują, że państwo przeznacza obecnie na nagrody około miliona złotych rocznie, a wypłata maksymalnych stawek za każde zgłoszenie jest mało prawdopodobna. Ich zdaniem uproszczenie procedur pozwoliłoby większej liczbie osób legalnie przekazywać państwu informacje o odkryciach. Spór dotyczy także pieniędzy wydanych wcześniej na cyfryzację dokumentacji archeologicznej.
Na razie nie ma zgody co do tego, jak pogodzić swobodę poszukiwań z ochroną zabytków. Wątpliwości budzi też sposób przygotowania aplikacji i możliwość terminowego wdrożenia całego systemu. Archeolodzy postulują wycofanie ustawy i wypracowanie nowych rozwiązań, natomiast eksploratorzy chcą ograniczenia biurokracji.
Tematyką ekonomiczną zajmuje się od dziesięciu lat. Od 2014 do 2019 r. był dziennikarzem Money.pl, wcześniej współtworzył serwisy Mototok.pl i Biztok.pl w ramach Grupy O2, a następnie Wirtualnej Polski. W Bizblogu pisze o biznesie, prawie i podatkach.