Prezydent w końcu ogłosił to, czego wszyscy się spodziewali. Nie podpisze ustawy wprowadzającej SAFE. Polski przemysł obronny nie dostanie ogromnego zastrzyku pieniędzy, nie powstaną nowe miejsca pracy. Nie będzie transferu technologii. Możemy zadłużać się na miliardy w Korei, kupując wybrakowany sprzęt, ale Unii wara od naszych fabryk.

„Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy” – napisał Przemysław Czarnek, komentując decyzję prezydenta Karola Nawrockiego o wecie wobec ustawy wprowadzającej mechanizm SAFE. W jego ocenie była to decyzja konieczna, bo – jak przekonuje – program jest „szkodliwym mechanizmem pożyczkowym”.
Ten wpis nie jest zwykłym komentarzem polityka w mediach społecznościowych. Czarnek został właśnie wskazany jako kandydat na premiera, więc jego słowa można traktować jako zapowiedź kierunku polityki gospodarczej nowego obozu władzy.
Niestety jest odwrotnie, niż uważa kandydat prawicy na premiera. Ani po pierwsze Polska, ani po pierwsze Polacy.
Polska nie dostanie wsparcia z UE, polski przemysł nie dostanie impulsu inwestycyjnego, a polskie firmy nie dostaną zamówień, które mogłyby napędzać gospodarkę przez lata. Jeśli SAFE faktycznie zostanie zablokowany, rachunek tej decyzji zapłaci przede wszystkim polska gospodarka.
200 miliardów, które ominą Polskę
SAFE (Security Action for Europe) to jeden z największych programów finansowych przygotowanych dziś w Unii Europejskiej dla przemysłu obronnego. Jego logika jest prosta: państwa UE mogą korzystać z ogromnego finansowania na rozwój produkcji, technologii i zdolności przemysłowych.
Dla Polski oznaczałoby to dostęp do środków liczonych nawet w setkach miliardów złotych. Szacunki pojawiające się w debacie publicznej mówią o kwotach sięgających 200 mld zł inwestycji.
Europa chce wydać miliardy na przemysł obronny. Polska właśnie z tych pieniędzy chce zrezygnować.
To nie są pieniądze dla Brukseli
W debacie politycznej SAFE bywa przedstawiany jako kolejny mechanizm zadłużania państw. Problem polega na tym, że taka narracja pomija podstawowy fakt – te środki wracają do gospodarki w postaci inwestycji.
Programy takie jak SAFE oznaczają nowe fabryki, linie produkcyjne, technologie i zamówienia dla firm.
Nie tylko dla największych koncernów zbrojeniowych.
Na takich programach korzystają całe łańcuchy dostaw – od producentów elektroniki i komponentów, przez przemysł metalowy, po firmy technologiczne, logistyczne i serwisowe.
W praktyce oznacza to tysiące miejsc pracy i rozwój kompetencji technologicznych. Wartość nie do przecenienia.
Gospodarka potrzebuje dziś impulsu
Decyzja o odrzuceniu SAFE zapada w momencie, gdy polski przemysł przechodzi trudniejszy okres. Produkcja przemysłowa spowolniła, a firmy coraz ostrożniej podchodzą do nowych inwestycji.
W takich warunkach duże programy inwestycyjne mogą być jednym z najważniejszych motorów wzrostu gospodarczego.
SAFE mógł być właśnie takim impulsem.
Zamiast tego Polska może dobrowolnie zrezygnować z udziału w jednym z największych projektów przemysłowych w Europie.
Historia już raz pokazała, jak to działa
W polskiej polityce zbrojeniowej podobny scenariusz widzieliśmy już kilka lat temu. W 2022 r. minister obrony Mariusz Błaszczak podpisał gigantyczną umowę z Koreą Południową na zakup czołgów K2, armatohaubic K9 oraz wyrzutni Chunmoo.
Transakcja była przedstawiana jako przełomowy sukces modernizacji armii. Problem polegał na tym, że w praktyce oznaczała ograniczenie zamówień dla polskiego przemysłu zbrojeniowego.
Najbardziej odczuła to Huta Stalowa Wola, producent armatohaubic Krab, które wcześniej stały się jednym z największych sukcesów polskiej zbrojeniówki.
Krab był rozwijany w Polsce przez lata z udziałem krajowych inżynierów i firm z całego łańcucha dostaw. Produkcja tych systemów oznaczała tysiące miejsc pracy i rozwój kompetencji technologicznych.
Zakup gotowych systemów za granicą oznacza coś odwrotnego: pieniądze wypływają z kraju.
Czytaj więcej w Bizblogu o przemyśle obronnym
Najgorsza możliwa kombinacja
Z ekonomicznego punktu widzenia pojawia się więc ryzyko bardzo niekorzystnego scenariusza.
Polska może jednocześnie kupować sprzęt wojskowy za granicą i rezygnować z europejskich programów przemysłowych.
To najgorsza możliwa kombinacja dla gospodarki. W takim modelu pieniądze na zbrojenia nie budują krajowego przemysłu, nie wzmacniają technologii i nie tworzą miejsc pracy w Polsce.
Budują je gdzie indziej.
Cicha droga do marginalizacji
Decyzja o odrzuceniu SAFE ma również wymiar polityczny. Wysyła sygnał, że Polska dystansuje się od wspólnych projektów gospodarczych i przemysłowych w Unii Europejskiej.
Nie musi to oznaczać formalnego polexitu. Wystarczy coś znacznie mniej spektakularnego – stopniowe wycofywanie się z europejskich projektów inwestycyjnych, technologicznych i przemysłowych.
Ekonomiści nazywają to „cichą dezintegracją gospodarczą”.
Nie ma jednego momentu wyjścia z Unii. Jest raczej powolne przesuwanie się na margines najważniejszych procesów gospodarczych w Europie.
Ekonomia zamiast haseł
Hasła polityczne dobrze brzmią w mediach społecznościowych. W gospodarce liczą się jednak liczby. A te w przypadku SAFE są proste: ogromne inwestycje, rozwój przemysłu i tysiące miejsc pracy. Jeśli Polska z tego programu zrezygnuje, rachunek ekonomiczny tej decyzji będzie wysoki.
I nie zapłaci go Bruksela. Zapłaci polska gospodarka.
Fot. KSikorski / Shutterstock.com



















