Patrzę na to, co dzieje się w relacjach polsko-ukraińskich, i nie wierzę oczom i uszom. W tygodniu, w którym Polska powinna mówić światu: przyjeżdżajcie do Gdańska, rozmawiajmy o odbudowie Ukrainy, o kontraktach, energetyce, logistyce, infrastrukturze i pieniądzach dla firm, zafundowaliśmy sobie polityczno-historyczną awanturę.

W czwartek, 25 czerwca, w Gdańsku rusza Ukraine Recovery Conference. Jedno z największych wydarzeń polityczno-biznesowych w Europie w tym roku. Według zapowiedzi na miejscu mają być przywódcy, ministrowie, instytucje międzynarodowe i firmy z wielu krajów. Przygotowano około 200 umów i porozumień. Na stole leży odbudowa kraju zniszczonego przez Rosję, liczona w setkach miliardów dolarów.
To powinien być moment, w którym Polska pokazuje swoją przewagę. Jesteśmy sąsiadem Ukrainy, bramą Unii Europejskiej, logistycznym zapleczem pomocy wojskowej i humanitarnej, naturalnym partnerem dla ukraińskiego państwa i ukraińskiego biznesu. Polskie firmy mają kompetencje, doświadczenie i położenie, którego nie da się kupić w żadnym przetargu. Budownictwo, energetyka, OZE, przemysł maszynowy, transport, usługi, doradztwo, technologie – to nie są hasła z konferencyjnej broszury. To mogą być zamówienia, miejsca pracy, podatki i pieniądze zostające w polskiej gospodarce.
I właśnie w takim momencie politycy postanowili sprawdzić, jak mocno sobie strzelą kolanem w czoło.
Polska ma prawo mówić o Wołyniu. To nie jest spór o milczenie
Od razu jedno zastrzeżenie. Polska ma pełne prawo nie zgadzać się z decyzją Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek imienia „Bohaterów UPA”. Ma pełne prawo mówić o Wołyniu.
To nie jest temat do zamiatania pod dywan. To nie jest „niewygodny szczegół” w relacjach polsko-ukraińskich. To część naszej historii i naszej pamięci. Państwo, które przestaje upominać się o swoich zamordowanych obywateli, samo rezygnuje z powagi.
Ale czym innym jest stanowcza reakcja państwa, a czym innym polityczna zadyma wywołana w najgorszym możliwym momencie. Czym innym jest dyplomacja, a czym innym publiczne wygadywanie bzdur pod sondaże, komentarze w internecie i poklask ludzi, którzy politykę zagraniczną mylą z wpisem na Facebooku.
Zwolennicy prezydenta Nawrockiego lubią dziś powoływać się na nastroje społeczne, komentarze i internetowe brawa. Świetnie. Internet zawsze coś powie. Internet da lajka, napisze „wreszcie ktoś miał odwagę”, wrzuci mema, po czym za godzinę pobiegnie do kolejnej awantury.
Ciekawe, czy ktoś zadał sobie trud, żeby zapytać polskich przedsiębiorców, co myślą o tej zadymie rozkręconej kilka dni przed konferencją w Gdańsku. Nie komentatorów politycznych. Nie zawodowych patriotów od kamer i mikrofonów. Tylko ludzi, którzy od miesięcy przygotowują kontakty, oferty, prezentacje, spotkania i rozmowy z ukraińskimi partnerami.
Internet klaszcze, przedsiębiorca liczy ryzyko
Biznes nie działa w próżni. Kontraktów nie podpisuje się w atmosferze wzajemnego obrażania. Inwestycji nie planuje się w cieniu konfliktu, którego nikt nie potrafi zgasić. Firmy nie potrzebują od polityków miłosnych deklaracji, tylko stabilności, przewidywalności i jasnego sygnału, że państwo pomaga, a nie przeszkadza.
A tu mamy sytuację odwrotną. Ukraina Recovery Conference miała pokazać Polskę jako centrum rozmowy o odbudowie Ukrainy. Tymczasem światowe media piszą o sporze historycznym, odebranym orderze i nieobecności Zełenskiego. Prezydent Ukrainy do Gdańska nie przyjedzie. Delegacją ma pokierować premier Julia Swyrydenko. Rząd przekonuje, że konferencja i tak się odbędzie, że biznesowy wymiar zostanie zachowany, że trzeba robić swoje.
Oczywiście, że trzeba robić swoje. Ale po co najpierw utrudniać sobie robotę?
Polskie firmy mają realną szansę wejść mocniej w proces odbudowy Ukrainy. I nie chodzi wyłącznie o wielkie koncerny. Odbudowa takiego kraju to także tysiące mniejszych zleceń: podwykonawstwo, materiały, komponenty, serwis, projektowanie, transport, montaż, szkolenia, cyfryzacja, zabezpieczenia, infrastruktura energetyczna. To jest przestrzeń także dla małych i średnich firm, które nie mają działów lobbingu, wielkich kancelarii i stałych kontaktów w ministerstwach.
Dla nich każda polityczna awantura to dodatkowe ryzyko. Każdy sygnał, że relacje Warszawy i Kijowa mogą zostać przykryte emocjonalną wojną, jest kosztem. Nawet jeśli nie od razu w fakturze, to w zaufaniu, rozmowach, decyzjach i priorytetach partnerów.
Konkurencja z Niemiec, Francji, Włoch, krajów skandynawskich czy Turcji naprawdę nie będzie płakać nad polskimi sporami. Ona po prostu wykorzysta moment.
Emocje nie kończą się na politycznych deklaracjach
Najbardziej niepokoi mnie to, że ta awantura nie dzieje się w sterylnym laboratorium dyplomacji. Ona wpada w społeczną atmosferę, która i bez tego robi się coraz bardziej toksyczna.
TOK FM opisało sprawę 14-letniego chłopca z Ukrainy, który został brutalnie pobity w Warszawie przez dorosłego Polaka. Według relacji matki nastolatek dostał kilka ciosów w twarz, miał siniaki na rękach i szyi oraz mocno podbite oko. W sprawie miały paść słowa nienawiści na tle narodowościowym.
Nie zamierzam udawać prokuratora i budować prostego łańcucha: wypowiedź polityka, potem przemoc. Tak publicystyki robić nie wolno. Ale nie wolno też udawać, że język polityki, medialne nagonki, internetowe szczucie i przyzwolenie na odczłowieczanie całych grup nie mają znaczenia.
Mają. Zawsze mają.
W ostatnich dniach widzieliśmy też paskudne komentarze po dramatycznych informacjach o ukraińskim nastolatku, który utonął w Wiśle. Człowiek czyta coś takiego i przez chwilę nie wie, co powiedzieć. Śmierć dziecka powinna zatrzymywać każdego, niezależnie od narodowości. Jeśli nawet ona staje się dla części internetu okazją do pogardy, to znaczy, że coś w debacie publicznej naprawdę zaczęło gnić.
Dlatego politycy nie mają prawa udawać, że tylko „wyrażają emocje”. Oni te emocje wzmacniają, porządkują, nadają im kierunek. A gdy grają nimi bez wyobraźni, to później nie mogą udawać zdziwienia, że z internetu wychodzą na ulicę ludzie przekonani, że dostali moralne pozwolenie.
Radio, telefony i ludzie od benzyny z zapałkami
Szokiem była dla mnie niedawna audycja Kuby Strzyczkowskiego „Co Państwo na to?” w Radiu 357. To format, w którym słuchacze dzwonią i mówią, co myślą. Tym razem linię telefoniczną przejęli zwolennicy Wojciecha Olszańskiego, lidera środowiska Rodacy Kamraci, człowieka wielokrotnie skazywanego w sprawach dotyczących mowy nienawiści.
Najgorsze nie było to, że tacy ludzie dzwonią. Oni będą dzwonić. Będą pisać, nagrywać, komentować, organizować się, podbijać algorytmy i udawać „zwykły głos Polaków”. Najgorsze było to, jak łatwo ten język zaczął przedostawać się do rozmowy głównego nurtu. Doświadczony dziennikarz w pewnym momencie pogubił się do tego stopnia, że w pytaniu do ekspertki powołał się na ich opinie.
Więcej o polskim biznesie na Ukrainie
I właśnie tak skrajność przesuwa granice. Nie zawsze dlatego, że przekonuje większość. Często dlatego, że reszta zaczyna traktować ją jak normalny punkt widzenia. Jak jeszcze jeden telefon od słuchacza. Jak emocjonalny, ale uprawniony głos w dyskusji.
Tymczasem nie każda opinia jest tylko opinią. Nie każdy krzyk jest troską o pamięć. Nie każdy, kto macha biało-czerwoną flagą, działa w interesie Polski. Są ludzie, którzy w relacjach polsko-ukraińskich nie chcą prawdy, pojednania ani bezpieczeństwa. Chcą ognia. A gdy politycy podają im zapałki, to niech przynajmniej nie udają, że nie wiedzą, co robią.
Pamięć nie może być maczugą na przyszłość
Petro Poroszenko, były prezydent Ukrainy, napisał po wybuchu sporu rzecz, którą po obu stronach granicy powinno się teraz wydrukować dużą czcionką.
Ukraina nie ma luksusu pozwalającego na kłócenie się z Polską. Polska nie ma luksusu pozwalającego na kłócenie się z Ukrainą – podkreślił Petro Poroszenko.
Trudno o trafniejsze zdanie. Polska i Ukraina mogą się spierać. Będą się spierać. Historia jest zbyt bolesna, interesy zbyt skomplikowane, a polityka zbyt nerwowa, żeby udawać pełną harmonię. Ale jest różnica między sporem prowadzonym przez państwa poważne a awanturą prowadzoną pod publiczkę.
Dariusz Szymczycha z Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej też ujął to bez zbędnych ozdobników.
Nie można pozwolić, żeby spory historyczne, teatralne gesty, rozbiły nam przyszłość – mówił Dariusz Szymczycha, wiceprezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.
To jest zdanie nie tylko o dyplomacji. To jest zdanie o gospodarce. O tym, czy polskie firmy będą przy stole, czy będą patrzeć, jak inni dzielą między siebie kontrakty. O tym, czy Warszawa będzie dla Kijowa pierwszym adresem w Europie, czy krajem, z którym trzeba uważać, bo w każdej chwili polityka może przykryć interes.
Poważne państwo nie myli godności z awanturą
Nie wiem, czy decyzja prezydenta Nawrockiego była cyniczna, czy po raz kolejny źle wyczuł czas. Wiem, że jej kosztu nie poniesie Kancelaria Prezydenta. Nie poniosą go komentatorzy, którzy przez kilka dni pożywią się konfliktem. Nie poniosą go internetowi patrioci, którzy od rana do nocy klikają w oburzenie.
Koszt mogą ponieść polskie firmy. Te same, które powinny dziś wchodzić do Gdańska z prostym komunikatem: jesteśmy gotowi, mamy kompetencje, znamy region, chcemy budować, zarabiać i pomagać. Zamiast tego będą działać w cieniu pytania o polityczny konflikt.
Oczywiście można mówić, że biznes sobie poradzi. Biznes często sobie radzi, bo jest bardziej praktyczny niż politycy. Ale to nie jest argument za tym, żeby mu przeszkadzać. To jest raczej akt oskarżenia wobec państwa, które znów każe przedsiębiorcom naprawiać szkody po cudzych gestach.
Patriotyzm w 2026 roku nie polega na tym, kto najgłośniej krzyknie „Wołyń”. Pamięć o Wołyniu jest obowiązkiem państwa, ale patriotyzm to także obrona interesu gospodarczego Polski. To dbanie o to, żeby polskie firmy zarabiały na odbudowie Ukrainy, zamiast ustępować miejsca konkurencji. To budowanie pozycji Polski jako kraju poważnego, przewidywalnego i potrzebnego. To rozumienie, że bezpieczeństwo, gospodarka i dyplomacja są połączone.
Możemy mówić Zełenskiemu: popełnił pan poważny błąd. Możemy domagać się szacunku dla polskich ofiar. Możemy prowadzić twardą rozmowę z Kijowem. Ale możemy też nie robić z tego widowiska, które ucieszy skrajności, internetowych zadymiarzy i Moskwę.
W tygodniu, w którym Polska powinna pokazywać światu, że jest centrum odbudowy Ukrainy, sama podsunęła temat zastępczy. W tygodniu, w którym polski biznes powinien rozmawiać o kontraktach, politycy zafundowali mu atmosferę konfliktu. Przedsiębiorcy naprawdę mogą dziś podziękować prezydentowi Nawrockiemu. Takiego prezentu konkurencja Polski sama by sobie nie wymyśliła.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.