Japonia jest sterylnie czysta, a koszy na ulicach nie ma. Jak oni to robią?
Turysta w Tokio kończy przekąskę i rozgląda się za koszem. Nie znajdzie go na stacji metra, w parku ani na skrzyżowaniu. Japońskie ulice należą przy tym do najczystszych na świecie. Wszystko przez sarin.

Czystość zawsze była wizytówką Japonii, ale przed 1995 r. kosze na śmieci na ulicach nie należały do rzadkości. Wszystko zmieniło się 20 marca 1995 r., kiedy członkowie sekty Aum Shinrikyo przebili w tokijskim metrze torby z płynnym sarinem. Zginęło 12 osób, a ponad 5,5 tys. trafiło do szpitali. Wiele boryka się problemami ze zdrowiem do dziś.
Nieprzezroczyste kosze uznano za idealną kryjówkę dla kolejnych ładunków. Zaplombowano je, a potem usunięto ze stacji kolejowych i większości przestrzeni publicznej. Podobnie robiono w Londynie, Nowym Jorku czy Bostonie (te miasta również doświadczyły ataków), ale tam kosze po jakimś czasie wracały. W Japonii zniknęły na dobre.

Twoje śmieci, twój problem
Lukę wypełniła zasada mochikaeri, czyli "zabierz do domu". Japończyków można więc często spotkać niosących śmieci w woreczkach, aby posegregować je w domu. Dla gmin to wygodne rozwiązanie: publiczny kosz "na wszystko" rujnowałby łańcuch recyklingu i zachęcał do podrzucania domowych odpadów.
Zamiast koszy są automaty z napojami, których jest w kraju ponad 2,25 mln. Stoją przy nich pojemniki tylko na butelki i puszki, ale według badania Japan Soft Drink Association z 2025 r. 21,1 proc. ankietowanych przyznało, że wrzuca tam odpady zmieszane. Ponad połowa tłumaczyła się tym, że nie było innego miejsca.

Zachodni turyści mają inne podejście. Według badania Japan Tourism Agency brak koszy to najczęściej wskazywana niedogodność wśród odwiedzających kraj, wymieniana przez 21,9 proc. respondentów.
Kosz, który prasuje śmieci
Większość koszy, które (z trudem) można znaleźć w Tokio, to szczelnie zamknięte skrzynie z panelem fotowoltaicznym, który zasila wbudowaną prasę. Ściska ona odpady do jednej piątej objętości, więc kosz mieści 5 do 6 razy więcej niż zwykły. Czujniki IoT wysyłają alert do służb, kiedy trzeba odebrać ładunek, więc śmieciarka jeździ tylko wtedy, gdy trzeba.
Jest tylko jeden haczyk: jedna maszyna kosztuje ponad 500 tys. jenów (ponad 12 tys. zł). Dlatego panele obklejane są reklamami sponsorów.
Z kolei w Shinjuku, uchodzącym za najbardziej ruchliwą stację kolejową świata, Japończycy testują autonomiczny kosz, który sam jeździ po podziemnym poziomie stacji, a ludzie wrzucają śmieci przez otwory w jego bokach. Robot wygląda jak pociąg z dużymi oczami i nawiązuje do maskotki stacji - niedźwiadka Shinjukumy.
Miasta sięgają też po regulacje
Od kwietnia tego roku dzielnica Shibuya wymaga od kawiarni i punktów z jedzeniem na wynos, by wystawiały kosze dla wszystkich. Kara za niedostosowanie się to nawet 50 tys. jenów oraz upublicznienie nazwy firmy. Od 1 czerwca patrole wlepiają mandaty po 2 tys. jenów za zaśmiecanie, płatne kartą lub kodem QR, pod hasłem "If you throw trash, you lose cash". Z analiz wynika, że cudzoziemcy odpowiadali za 52 proc. udokumentowanych przypadków zaśmiecania.
Japoński eksperyment pokazuje, jak trwały bywa doraźny środek bezpieczeństwa i jak długo można opierać porządek na dyscyplinie społecznej.
Czytaj więcej o Japonii:
Dyżurny spec Bizbloga od startuperii, botów, kryptokasy i wszelakich fanaberii szejków. Specjalista nowych technologii z doświadczeniem ze starych mediów. Zajmuje się opisywaniem sukcesów i porażek startupów, rozwojem rynku kryptowalut i cyfrowych finansów. Autor dwóch książek „Bitcoin. Złoto XXI wieku” i „Polski e-sport”. Publikował w „Pulsie Biznesu” i „Gazecie Wyborczej”, w „CD-Action”, „Newsweeku”, „Gościu Niedzielnym” i „Wprost”. Współtworzył Sondę 2. Uczestnik Intel Extreme Master 2021, komentował wydarzenia technologiczne dla TVN, Polsatu i Tok FM. Teraz krąży gdzieś między Rijadem a Abu Zabi.