REKLAMA

4F wchodzi do F1 zamiast Hugo Bossa. Polska wstaje z kolan ubrana w dresy

Polski dres przeżywa właśnie swój moment chwały. Według ustaleń „Przeglądu Sportowego” marka 4F ma wejść do Formuły 1 i zastąpić w Racing Bulls markę Hugo należącą do Hugo Boss. Tak, dobrze czytacie: firma z Wieliczki ma wskoczyć w miejsce niemieckiego giganta odzieżowego w jednej z najbardziej prestiżowych serii wyścigowych świata. Jeśli ktoś kiedyś uważał, że dres nie pasuje do salonu, to najwyraźniej nie przewidział, że salon będzie miał karbonowe podłogi, pit lane i bolid za kilkanaście milionów euro.

transformacja królowej motorsportu
REKLAMA

Logo 4F ma pojawić się od przyszłego sezonu na bolidach i strojach zawodników Racing Bulls. Szczegóły umowy nie są znane, zainteresowani milczą, ale według ustaleń portalu wiadomość ma być pewna.

To jest zdanie, które jeszcze kilka lat temu mogłoby brzmieć jak fantazja działu marketingu po zbyt długim spotkaniu kreatywnym. Tymczasem polska marka ma wejść dokładnie tam, gdzie dotąd funkcjonowała marka Hugo. A ponieważ Hugo należy do Hugo Boss, skrót myślowy jest zbyt kuszący, żeby z niego nie skorzystać: polski dres wjeżdża tam, gdzie jeszcze chwilę temu stał niemiecki garnitur.

REKLAMA

I właśnie dlatego ta historia jest tak wdzięczna. Nie chodzi wyłącznie o sport, sponsoring i logo na kombinezonie kierowcy. Chodzi o zmianę symbolu. Przez lata dres był w Polsce strojem podejrzanym: trochę spod bloku, trochę z osiedlowej ławki, trochę z mema. Teraz nagle okazuje się, że może pojawić się w jednym z najbardziej kontrolowanych, najdroższych i najbardziej prestiżowych miejsc w światowym sporcie.

Od Alei Róż do pit lane

Teraz uważajcie. Nowa Huta właśnie przygotowuje III Paradę Dresów. W programie są przemarsz wokół Zalewu Nowohuckiego i przez Aleję Róż, pokazy mody dresowej, gry podwórkowe, konkursy, sportowe absurdy i próba pobicia rekordu wszechświata w przykucu słowiańskim. Trudno o piękniejszą klamrę. Jedni zakładają dres do padoku, drudzy na paradę. Różnica polega głównie na budżecie, liczbie kamer i tym, że w Formule 1 za przykuc odpowiadają raczej mechanicy przy pit stopie.

REKLAMA

Nowohuckie Centrum Kultury zapowiada Paradę Dresów jako wydarzenie kultury ulicznej, które celebruje różnorodność, autentyczność i energię miasta. Będzie przemarsz, muzyka, potańcówka, konkursy, retro gry, rodzinny festyn i oczywiście dres potraktowany z odpowiednim dystansem.

Dres mile widziany, ale najważniejsze jest jedno: przyjść i dobrze się bawić – podkreśla Nowohuckie Centrum Kultury.

REKLAMA

To zdanie równie dobrze mogłoby wisieć nad wejściem do padoku, choć zapewne po przetłumaczeniu na język Formuły 1 brzmiałoby mniej więcej tak: strój zespołowy obowiązkowy, uśmiech kontrolowany, budżet zatwierdzony przez centralę.

Na pierwszy rzut oka te dwa światy dzieli wszystko. W jednym mamy karbon, monitory telemetryczne, limity aerodynamiczne i ludzi, którzy potrafią z powagą godną rozprawy doktorskiej dyskutować o przepływie powietrza pod podłogą bolidu. W drugim mamy kulturę blokową, osiedlowy humor, festyn, potańcówkę i ludzi, którzy wiedzą, że nie każde wydarzenie musi udawać konferencję inwestorską.

A jednak oba światy łączy dres. W Nowej Hucie jest wspomnieniem, żartem i elementem miejskiej tożsamości. W Formule 1 staje się produktem, narzędziem marketingu i biletem do globalnej ekspozycji.

REKLAMA

Polski biznes już nie tylko szyje, wozi i dowozi

I tu żart z dresu zaczyna robić się całkiem poważny. Jeśli ustalenia „Przeglądu Sportowego” się potwierdzą, wejście 4F do Formuły 1 nie będzie tylko zabawną historią o tym, że polska marka wskakuje w miejsce Hugo Bossa. To kolejny obrazek z większego albumu.

REKLAMA

Przez lata polska gospodarka opierała się na podwykonawstwie. Byliśmy dobrzy, pracowici, tańsi, elastyczni. Produkowaliśmy, dowoziliśmy, składaliśmy, obsługiwaliśmy. Zachód miał marki i pieniądze, my mieliśmy hale, magazyny i ludzi, którzy potrafili zrobić robotę szybko i solidnie. To był ważny etap, ale też etap z wyraźnie ustawioną hierarchią. Ktoś projektował prestiż, ktoś inny go realizował.

Teraz coraz częściej widać coś innego. Polskie firmy nie próbują już wyłącznie udowadniać, że potrafią pracować dla wielkich marek. Zaczynają kupować dostęp do ich świata albo wchodzić tam własnym logo. To jest zmiana z gospodarki „zrobimy to taniej i solidnie” w gospodarkę „chcemy być właścicielem relacji z klientem”.

REKLAMA

InPost nie budował mozolnie rozpoznawalności we Francji tylko przejął Mondial Relay. eSky nie próbował tłumaczyć Brytyjczykom, że polska platforma turystyczna też jest fajna, tylko sięgnął po Thomas Cook, ikonę, jedną z najstarszych marek turystycznych świata. W innych branżach również widać podobny mechanizm: nie wystarczy już sprzedawać produktu. Trzeba mieć markę, relację z klientem i miejsce w jego głowie.

Więcej o sukcesach polskich firm

REKLAMA

To nie jest drobiazg. W gospodarce marka bywa czasem więcej warta niż maszyny, magazyny i flota samochodów. Maszyny można kupić, magazyny wynająć, flotę wyleasingować. Zaufanie, rozpoznawalność i skojarzenia buduje się latami. Albo kupuje, jeśli ma się pieniądze, odwagę i plan, co potem z tym zrobić.

Dlatego informacja o 4F w Formule 1 pasuje do szerszej zmiany. Polska firma nie puka już do drzwi z pytaniem, czy może uszyć komuś koszulkę na zapleczu. Chce być widoczna na bolidzie, w kamerze, na kombinezonie, w całym tym globalnym teatrze, w którym prestiż mierzy się nie tylko sprzedażą, ale też tym, kto stoi obok kogo.

REKLAMA

Dres bez kompleksów, ale z rachunkiem do zapłacenia

Z entuzjazmem warto jednak nie odpływać. Logo na bolidzie nie zrobi z Polski potęgi luksusu, a sam fakt pojawienia się w Formule 1 nie oznacza, że świat nagle masowo rzuci garnitury Hugo Boss i ustawi się po bluzy z Wieliczki. Zachodnie marki mają historię, kanały sprzedaży, rozpoznawalność i klientów, których nie zdobywa się samym efektem nowości.

Jest też druga strona medalu. Wejście do globalnej ligi oznacza, że kończy się taryfa ulgowa. Od tego momentu nie wystarczy być „dobrym jak na polską firmę”. Trzeba być po prostu dobrym. Nie lokalnie sympatycznym, nie ambitnym, nie „naszym”, tylko konkurencyjnym. Z jakością, logistyką, designem, ceną, komunikacją i odpornością na błędy, które w świecie wielkiego sportu widać szybciej niż plamę po izotoniku na białej koszulce.

To samo dotyczy polskich przejęć za granicą. Kupienie znanej marki jest efektowne, ale nie jest metą. Często jest dopiero startem, i to z pierwszego pola, na którym wszyscy patrzą, czy kierowca nie spali sprzęgła. Znana zachodnia marka może dać drzwi do rynku, ale może też przynieść cudze problemy, stare koszty i oczekiwania klientów, których nie da się obsłużyć samym entuzjazmem.

REKLAMA

Właśnie dlatego ta historia jest ciekawsza niż prosta beka z dresu. Nowohucka Parada Dresów pokazuje dres jako żart, wspomnienie i element miejskiej kultury. Formuła 1 może pokazać dres jako produkt, który przestał mieć kompleksy. W obu przypadkach działa podobny mechanizm: coś, co kiedyś było traktowane z pobłażliwym uśmiechem, zaczyna być częścią większej opowieści.

Różnica polega na tym, że w Nowej Hucie dres idzie w paradzie, a w Formule 1 może jechać ponad 300 km/h.

Polski biznes wjeżdża do padoku

Najlepsze w tej historii jest jednak to, że ona wcale nie wymaga napompowanego patriotyzmu. Nie trzeba udawać, że od teraz cała Europa będzie chodzić w polskim dresie, odbierać przesyłki z polskich Paczkomatów i jeździć na wakacje przez polską platformę. Wystarczy zauważyć coś skromniejszego, ale ważniejszego: polski biznes zaczyna grać odważniej.

Nie tylko eksportuje produkty. Eksportuje modele działania. Nie tylko szuka tańszej pracy i nowych magazynów. Szuka marek, relacji, skali i rozpoznawalności. Nie zawsze mu się uda, bo ekspansja zagraniczna to nie folder reklamowy, tylko seria bardzo trudnych egzaminów. Sam fakt, że coraz więcej firm próbuje, jest jednak zmianą mentalną.

REKLAMA

Przez lata lubiliśmy opowiadać o sobie jako o kraju na dorobku. Pracowitym, ambitnym, niedocenionym, zakompleksionym. Teraz coraz częściej widać firmy, które tej opowieści nie chcą już słuchać. Nie dlatego, że nagle stały się globalnymi gigantami. Raczej dlatego, że zrozumiały, że w Europie nie wygrywa się wiecznym tłumaczeniem, że „u nas też potrafimy”. W pewnym momencie trzeba wejść na rynek, kupić markę, podpisać umowę, pokazać logo i przyjąć na siebie ryzyko.

4F w Formule 1, jeśli ta historia dojedzie do mety, będzie wdzięcznym symbolem tej zmiany. Trochę śmiesznym, bo dres zawsze niesie ze sobą cały bagaż polskich skojarzeń. Trochę przewrotnym, bo zastąpienie marki z grupy Hugo Boss przez firmę z Wieliczki samo pisze puentę. Ale też całkiem poważnym, bo pokazuje, że polskie firmy coraz rzadziej chcą stać przy wejściu i czekać, aż ktoś je zauważy.

REKLAMA
Arek Braumberger
Redaktor

Szef redakcji Bizblog.pl. Pisze o gospodarce, makroekonomii i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, jako dziennikarz pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim przygotowywał między innymi kilka edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA