REKLAMA

Polska kupuje szwedzkie okręty podwodne. Ten sprzęt ma jedną poważną wadę

Szwedzi po podpisaniu umowy z Polską nie udają, że chodzi wyłącznie o bezpieczeństwo NATO. Liczą miejsca pracy, zamówienia dla stoczni, kontrakty dla inżynierów i przyszłość własnego przemysłu obronnego. I bardzo dobrze. Tak właśnie robi państwo, które rozumie, że zbrojeniówka to nie tylko armia, ale też gospodarka.

Polska kupuje szwedzkie okręty podwodne. Ten sprzęt ma jedną poważną wadę
REKLAMA

My też powinniśmy liczyć. Nie tylko okręty podwodne. Także terminy, serwis, kompetencje, miejsca pracy i to, ile z tego gigantycznego kontraktu naprawdę zostanie w Polsce.

Umowa na trzy okręty podwodne A26 dla Marynarki Wojennej RP została podpisana 29 czerwca 2026 r. w Gdyni podczas polsko-szwedzkich konsultacji międzyrządowych z udziałem premierów Donalda Tuska i Ulfa Kristerssona. MON podaje, że chodzi o program Orka, czyli projekt, który przez lata był symbolem niemocy w modernizacji polskiej floty. To jest dobra wiadomość. Ale dobra wiadomość nie zwalnia z myślenia.

REKLAMA

To może być offset, jakiego dawno nie mieliśmy

Zacznijmy od najważniejszej rzeczy, która łatwo ginie wśród wojskowych skrótów, nazw typów okrętów i wielkich słów o Bałtyku. Ta umowa może być dla Polski czymś więcej niż zakupem trzech jednostek. Może być naprawdę sensownym pakietem przemysłowym.

Formalnie trzeba być ostrożnym, bo w oficjalnych komunikatach mówi się więcej o współpracy przemysłowej niż o klasycznym offsecie. Ale w praktycznym sensie właśnie o to chodzi: serwis w Polsce, naprawy w Polsce, włączenie polskich firm do łańcucha dostaw, centrum technologii podwodnych, a nawet możliwa współpraca przy autonomicznym morskim dronie i ciężkiej torpedzie.

Saab podał, że zobowiązuje się do stworzenia w Polsce zdolności MRO (ang. maintenance, repair and overhaul – pol. obsługa, naprawa i przeglądów). Koncern pisze wprost, że ma się to odbywać w ścisłej współpracy z polskim przemysłem i wspierać strategiczną autonomię Polski.

REKLAMA

To jest bardzo ważne zdanie. Może nawet ważniejsze niż część deklaracji o „historycznym dniu”. Bo przy kontraktach wojskowych prawdziwe pieniądze i kompetencje często nie są w samym zakupie sprzętu, tylko w jego utrzymaniu przez dekady.

Innymi słowy: Polska nie może być tylko bogatym klientem, który płaci rachunek i czeka na dostawę. Jeżeli ta umowa ma być naprawdę dobra, polskie firmy muszą wejść do środka programu, a nie stać obok niego z flagami podczas konferencji prasowej.

Saab i PGZ już podpisały ważny dokument

Tu nie startujemy od zera. Saab i PGZ podpisały w maju 2026 r. umowę o strategicznej współpracy w domenie morskiej. Z komunikatu Saaba wynika, że obejmuje ona m.in. serwis i wsparcie cyklu życia okrętów nawodnych oraz podwodnych, włączenie morskich spółek PGZ do łańcucha dostaw Saaba i wspólne zabieganie o wybrane projekty eksportowe.

REKLAMA

To wciąż nie wszystko. W tym samym komunikacie pojawia się zapowiedź oceny możliwości utworzenia w Polsce przyszłego centrum technologii podwodnych, wspólnej pracy nad produkcją i marketingiem autonomicznego drona oceanicznego Saaba oraz sprawdzenia możliwości współpracy przy ciężkiej torpedzie.

I właśnie ten fragment powinien być w Polsce czytany bardzo uważnie. Jeśli z tej umowy zostaną tylko trzy okręty i kilka ładnych zdjęć, to będzie kontrakt potrzebny, ale ograniczony. Jeśli jednak zostaną kompetencje serwisowe, polskie poddostawy, centrum technologiczne i realny udział w kolejnych projektach, to robi się z tego zupełnie inna historia.

To już nie jest tylko Orka. To może być test, czy Polska umie wykorzystać wielkie zakupy zbrojeniowe do budowy własnego przemysłu.

REKLAMA

Szwedzi dokładnie wiedzą, po co to robią

W Szwecji nikt nie ma problemu z mówieniem wprost, że ta umowa ma także wymiar gospodarczy. Szwedzki rząd podkreśla, że porozumienie wzmacnia polskie zdolności morskie, ale jednocześnie pogłębia współpracę w dziedzinie bezpieczeństwa i polityki przemysłowej.

Ta szwedzko-polska współpraca podwodna zwiększy konkurencyjność i wzrost gospodarczy oraz stworzy tysiące miejsc pracy w obu krajach – mówi Ulf Kristersson, premier Szwecji.

To nie jest przypadkowy cytat. On pokazuje różnicę w myśleniu. Szwedzki premier nie chowa gospodarki za mundurem. Mówi wprost: bezpieczeństwo, przemysł, wzrost i miejsca pracy są częścią tej samej układanki.

REKLAMA

Polska powinna mówić tak samo. Jeśli wydajemy miliardy na obronność, to mamy prawo pytać nie tylko o to, czy sprzęt jest dobry. Mamy też prawo pytać, czy polskie firmy zarobią, czy polscy pracownicy zdobędą kompetencje i czy po 2038 r. zostanie u nas coś więcej niż faktury, instrukcje obsługi i wspomnienia po uroczystym podpisaniu umowy.

Liczby są imponujące, ale też zobowiązujące

Saab poinformował, że wartość zamówienia wynosi około 47 mld koron szwedzkich. Reuters przeliczył kontrakt na 4,83 mld dol. Umowa obejmuje produkcję i dostawę trzech okrętów A26, pakiet uzbrojenia oraz pakiet szkoleniowo-serwisowy. Finalne dostawy mają być realizowane w 2038 r.

To nie jest więc zakup „na jutro”. To program na lata. Politycy będą już po kilku kadencjach, ministrowie po kilku rekonstrukcjach, a okręty nadal będą dochodzić do końca harmonogramu.

REKLAMA

Szwedzki rząd podał też, że Polska wydzierżawi okręt HMS Södermanland do 2032 r. jako rozwiązanie pomostowe. Ma to pozwolić na szybsze odbudowanie zdolności podwodnych, zanim do Polski trafią nowe A26. Szwedzi zapowiadają również wsparcie programu od około 2027 do 2038 r., z możliwością przedłużenia, oraz rozpoczęcie szkolenia polskich załóg już w sierpniu.

Brzmi rozsądnie. Ale właśnie dlatego trzeba to wszystko pilnować. Przy tak długim programie każdy rok opóźnienia, każda zmiana zakresu i każde rozmycie obietnic przemysłowych będzie miało znaczenie.

Więcej o polskim przemyśle zbrojeniowym

Okręt na Bałtyk, ale bez mitologii

A26 to okręty konwencjonalne, a nie atomowe. Reuters opisuje je jako jednostki projektowane specjalnie z myślą o Bałtyku. Mają około 66 metrów długości, są mniejsze od dużych rosyjskich czy amerykańskich okrętów atomowych i mają pasować do płytkiego akwenu, którego średnia głębokość wynosi około 60 metrów.

Ich największą zaletą ma być skrytość. Reuters wskazuje, że A26 mogą pozostawać pod wodą tygodniami dzięki silnikom Stirlinga, które nie potrzebują powietrza do pracy i są znane z cichego działania.

Ważny jest też tzw. multi-mission portal, czyli specjalna śluza w dziobie. Ma pozwalać na wypuszczanie i przyjmowanie nurków, pojazdów zdalnie sterowanych oraz autonomicznych pojazdów podwodnych. Reuters opisuje to jako rozwiązanie przeznaczone do działań na dnie morza, w tym ochrony albo niszczenia rurociągów i innej infrastruktury krytycznej.

REKLAMA

To są realne zdolności. I Polska ich potrzebuje. Bałtyk po rosyjskiej agresji na Ukrainę, po wejściu Szwecji i Finlandii do NATO oraz po kolejnych incydentach wokół infrastruktury podmorskiej nie jest już spokojnym morzem z wakacyjnych folderów. To jeden z najważniejszych akwenów bezpieczeństwa w Europie.

Ale właśnie dlatego nie ma sensu dorabiać do A26 mitologii. Reuters pisał, że te okręty mogą mieć torpedy, miny i przenosić grupy sił specjalnych, ale nie odpalają pocisków manewrujących tak jak niektóre większe okręty podwodne.

To nie przekreśla zakupu. Przeciwnie: pozwala uczciwie powiedzieć, co kupujemy. Kupujemy skrytość, rozpoznanie, działania specjalne, operacje na dnie morza i zdolność do walki na Bałtyku. Nie kupujemy magicznej broni, która rozwiąże wszystkie problemy Marynarki Wojennej.

REKLAMA

Harmonogram będzie bezlitosny

Największe ryzyko tej umowy nie polega na tym, że Polska kupuje złe okręty. Największe ryzyko polega na tym, że kupuje okręty z programu, który sam ma za sobą opóźnienia i wzrost kosztów.

Reuters przypominał, że Szwecja zamówiła dwa okręty A26 w 2015 r. Pierwsza jednostka miała pierwotnie zostać dostarczona w 2023 r., ale obecnie pierwsza dostawa spodziewana jest w 2031 r. Koszt dwóch szwedzkich okrętów wzrósł z 8,6 mld do 25 mld koron.

To jest ostrzeżenie.

REKLAMA

Saab przekonuje, że zwiększa moce produkcyjne. Prezes koncernu Micael Johansson mówił Reutersowi, że firma będzie równolegle prowadzić produkcję w kilku zakładach, a części okrętów będą powstawać m.in. w Landskronie. Zapowiadał też, że obsługa, część modernizacji i coroczne kontrole będą realizowane także w stoczni w Polsce.

To bardzo dobry kierunek. Ale „dobry kierunek” i „wykonany plan” to dwie różne rzeczy.

Dlatego polski rząd powinien od początku traktować ten program nie jak zakończoną opowieść, lecz jak projekt do ciągłego rozliczania. I to nie tylko z dostaw, ale też z pakietu przemysłowego. Wątek offsetowy jest tu zbyt ważny, żeby po kilku latach okazało się, że został zredukowany do ładnych prezentacji.

REKLAMA

Otwórzmy arkusz kalkulacyjny

Po 30 latach przeciągania programu Orka można zrozumieć ulgę. Polska wreszcie podpisała umowę na nowe okręty podwodne. Marynarka Wojenna dostaje szansę na odbudowę zdolności, których brak był coraz trudniejszy do obrony. Bałtyk naprawdę wymaga skrytych jednostek, rozpoznania, ochrony infrastruktury i współpracy z sojusznikami.

Ale nie kupuję tonu, w którym samo podpisanie umowy ma zamykać dyskusję. Ono ją dopiero otwiera.

Od teraz trzeba pytać o terminy, koszty, szkolenie załóg, infrastrukturę, serwis, udział polskich firm i realny transfer kompetencji. Trzeba sprawdzać, czy MRO rzeczywiście powstaje w Polsce. Trzeba patrzeć, czy PGZ i polskie stocznie wchodzą do łańcucha dostaw. Trzeba pilnować, czy centrum technologii podwodnych nie zostanie tylko hasłem z komunikatu. I trzeba rozliczać, czy „offset” – nazwany tak formalnie czy nie – naprawdę pracuje na polską gospodarkę.

Szwedzi mają dziś prawo otwierać szampana. Ich przemysł dostał historyczne zamówienie, Saab wzmacnia pozycję w Europie, a tamtejsze stocznie i inżynierowie dostają pracę na lata.

REKLAMA

My też mamy powód do zadowolenia. Ale zamiast samego szampana otwórzmy jeszcze arkusz kalkulacyjny. Sukcesem nie będzie zdjęcie przy podpisie ani komunikat o przełomie. Sukcesem będzie dopiero to, że okręty dotrą na czas, polskie załogi będą gotowe, a w kraju zostaną kompetencje, serwis, miejsca pracy i przemysłowa wartość dodana.

Dopiero wtedy będzie można powiedzieć, że Polska nie tylko kupiła okręty. Polska dobrze wydała pieniądze.

REKLAMA
Arek Braumberger
Redaktor

Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA