Ogłosili oficjalnie: Polska awansowała do grupy rynków rozwiniętych. Tłumaczę, co to znaczy
Przez lata w giełdowym świecie Polska tkwiła pomiędzy dwoma światami. Gospodarczo dawno przestaliśmy przypominać wiele klasycznych rynków wschodzących, ale dla części największych dostawców indeksów nadal byliśmy właśnie „emerging market”. Teraz pękła kolejna bariera. S&P Dow Jones Indices oficjalnie uznał Polskę za rynek rozwinięty. I choć brzmi to jak symboliczna zmiana etykietki, za tą decyzją mogą pójść całkiem realne ruchy pieniędzy.

S&P Dow Jones Indices ogłosił 20 sierpnia, że zmienia klasyfikację Polski z emerging market na developed market. Nie jest to już zapowiedź ani konsultacja. Decyzja została podjęta. Na jej techniczne wejście w życie trzeba będzie jednak poczekać. Polska zostanie przeniesiona do grupy rynków rozwiniętych podczas wrześniowej rekonstrukcji indeksów w 2027 r. S&P zapowiada, że wcześniej poda dokładną listę indeksów objętych zmianą.
To ważne zastrzeżenie: dziś dostaliśmy decyzję, ale wielkie przemeblowanie portfeli odbędzie się dopiero za ponad rok.
S&P sprawdzało nas od dawna
Ten awans nie spadł z nieba. Polska była obserwowana przez S&P DJI jako kandydat do zmiany kategorii. Jeszcze w lipcu 2025 r. firma utrzymała nas na liście obserwacyjnej na 2026 r.
Wówczas nie wszystko wyglądało idealnie. S&P zwracało uwagę między innymi na deficyt fiskalny, nierównowagę w handlu oraz opóźnienia w realizacji inwestycji publicznych. Jednocześnie oceniało perspektywy polskiej gospodarki jako pozytywne.
W czerwcu tego roku sytuacja była już inna. S&P rozpoczęło formalne konsultacje dotyczące awansu Polski i właściwie powiedziało wprost, dlaczego.
Czynniki ilościowe i jakościowe Polski spełniają lub przewyższają standardy dla rynku rozwiniętego – wskazał S&P Dow Jones Indices w dokumentacji konsultacyjnej.
Po konsultacjach firma powiedziała więc: sprawdzamy. Teraz powiedziała: zaliczone.
Co trzeba zrobić, żeby zostać rynkiem rozwiniętym
Tu warto wyjaśnić jedną rzecz. Określenie „rynek rozwinięty” nie jest nagrodą przyznawaną krajowi za odpowiednio wysokie PKB.
S&P ma konkretną metodologię i patrzy nie tylko na wielkość gospodarki, ale przede wszystkim na to, czy zagraniczny inwestor może na danym rynku normalnie i bez większych przeszkód lokować duże pieniądze.
W przypadku rynku rozwiniętego S&P wymaga między innymi:
- odpowiednio wysokiego dochodu narodowego na mieszkańca, stabilności instytucjonalnej i odpowiedniej oceny wiarygodności państwa,
- braku istotnych ograniczeń dla inwestorów zagranicznych, swobodnego obrotu walutą i możliwości wyprowadzania kapitału oraz dochodów z inwestycji,
- sprawnego systemu rozliczeń transakcji, silnych regulacji oraz odpowiednio dużego i płynnego rynku akcji.
Próg dochodu narodowego brutto na mieszkańca wynosi w metodologii S&P ponad 15 tys. dol. i musi być spełniany przynajmniej przez dwa kolejne lata. Dla rynku rozwiniętego wymagane jest również spełnienie wszystkich wskazanych przez S&P warunków dotyczących struktury i dostępności rynku.
To dlatego sama wielkość gospodarki nie wystarcza. Można mieć szybko rosnące PKB, a jednocześnie rynek kapitałowy z ograniczeniami dotyczącymi przepływu pieniędzy, własności akcji albo rozliczania transakcji.
Za decyzją stoją konkretne liczby
S&P pokazało również, jak duży stał się polski rynek.
Według danych wykorzystanych w tegorocznej konsultacji pełna kapitalizacja krajowego rynku akcji wynosiła w 2025 r. 292,2 mld dol., a mediana dziennej wartości obrotów sięgała 363,8 mln dol.
Dla porównania same minimalne progi kwalifikacyjne S&P są wielokrotnie niższe.
To pokazuje, że w przypadku Polski nie rozmawiamy już o dopchnięciu się do kategorii Developed na granicy kryteriów. S&P napisało wprost, że Polska wymagania dla rynku rozwiniętego spełnia albo je przewyższa.
Firma wskazywała też na odporność polskiej gospodarki pomimo presji inflacyjnej i problemów z inwestycjami publicznymi. Zwróciła uwagę na napływ funduszy unijnych, rozwój infrastruktury oraz utrzymywanie nierównowagi handlowej na poziomie, który uznaje za możliwy do utrzymania.
Ale uwaga: to nie jest podwyżka ratingu Polski
Przy nazwie S&P bardzo łatwo się tutaj pomylić. Decyzję ogłosił S&P Dow Jones Indices, czyli firma zajmująca się między innymi tworzeniem indeksów giełdowych. To właśnie pod jej szyldem funkcjonują takie wskaźniki jak S&P 500 czy Dow Jones Industrial Average.
Nie mówimy natomiast o zmianie ratingu kredytowego Polski. To dwie zupełnie różne rzeczy.
Rating odpowiada w uproszczeniu na pytanie, jak ryzykowne jest pożyczanie pieniędzy państwu. Klasyfikacja rynku giełdowego określa natomiast, do jakiego koszyka inwestycyjnego powinny trafiać akcje notowanych w danym kraju spółek.
Dlatego po czwartkowej decyzji Polska nie dostała automatycznie wyższej oceny wiarygodności kredytowej. Dostała za to potwierdzenie, że według S&P DJI nasz rynek kapitałowy spełnia standardy rynków rozwiniętych.
Dlaczego ta etykietka może przesuwać miliardy
I tu dochodzimy do pieniędzy.
Indeksy nie są tylko tabelkami publikowanymi przez firmy finansowe. Na ich podstawie działają fundusze inwestycyjne i ETF-y, a wielu profesjonalnych zarządzających wykorzystuje je jako benchmarki.
Jeżeli fundusz ma odwzorowywać indeks rynków wschodzących, musi posiadać mniej więcej takie aktywa, jakie przewiduje indeks. Kiedy Polska z niego wypada, zarządzający może być zmuszony sprzedać część polskich akcji.
Po drugiej stronie znajdują się fundusze śledzące indeksy rynków rozwiniętych. One mogą być zmuszone polskie akcje kupić.
Dlatego reklasyfikacje potrafią wywoływać przepływy kapitału niezależnie od tego, czy inwestorzy nagle zmienili zdanie na temat perspektyw konkretnego banku, ubezpieczyciela czy spółki przemysłowej.
S&P szacowało wcześniej, że Polska ma 1,27 proc. udziału w jego koszyku emerging. Po przejściu do Developed szacowany udział wynosiłby jedynie około 0,15 proc.
Na pierwszy rzut oka wygląda to fatalnie. Waga Polski drastycznie spada.
Tyle że porównujemy dwa zupełnie różne koszyki. Rynek rozwinięty obejmuje największe giełdy świata, więc Polska siłą rzeczy musi konkurować w indeksach z dużo większymi gospodarkami i rynkami.
Co więcej, z samych procentowych wag nie da się policzyć, czy do Polski ostatecznie wpłynie, czy z niej odpłynie kapitał. Trzeba jeszcze wiedzieć, ile pieniędzy faktycznie śledzi poszczególne indeksy S&P.
Czyli w poniedziałek miliardy ruszą na GPW? Nie
Nie spodziewałbym się też prostego scenariusza: „Polska awansowała, więc zagranica natychmiast kupi polskie akcje”.
Po pierwsze, zmiana zostanie wdrożona dopiero we wrześniu przyszłego roku.
Po drugie, sama decyzja była do pewnego stopnia oczekiwana. Konsultacje trwały od czerwca, a S&P już wtedy pisało, że Polska spełnia wymagania dla rynku rozwiniętego.
Po trzecie wreszcie, techniczne przepływy mogą działać w obie strony. Fundusze emerging będą redukowały ekspozycję na Polskę, a część funduszy developed będzie ją budowała.
Znacznie ciekawszy jest efekt długoterminowy. Rynek rozwinięty znajduje się na radarze innej grupy inwestorów, a sam awans jest międzynarodowym potwierdzeniem jakości infrastruktury, regulacji i dostępności polskiego rynku.
To jest dla Polski fundamentalnie pozytywna opinia, bo pokazuje siłę polskiej gospodarki – mówił już podczas czerwcowych konsultacji Mirosław Budzicki, ekonomista PKO BP.
Tyle że... my już raz awansowaliśmy
I teraz najlepsze. Jeżeli ktoś ma wrażenie, że pamięta już wiadomość o awansie Polski do grona rynków rozwiniętych, to jego pamięć działa całkiem dobrze.
W 2018 r. dokładnie taką samą decyzję wdrożył FTSE Russell. Polska przeszła wtedy z kategorii advanced emerging do developed market. FTSE oficjalnie dokonało reklasyfikacji podczas wrześniowego przeglądu swoich globalnych indeksów.
Co ciekawe, FTSE obserwowało Polskę pod kątem awansu już od 2011 r. Ostatnim problemem pozostawały wtedy kwestie dotyczące sposobu prowadzenia rachunków papierów wartościowych dla międzynarodowych inwestorów.
S&P DJI staje się więc kolejnym wielkim dostawcą indeksów, który uznaje Polskę za rynek rozwinięty.
Ale nadal nie wszyscy.
Dla MSCI wciąż jesteśmy rynkiem wschodzącym
To może wydawać się absurdalne: Polska może być jednocześnie rynkiem rozwiniętym i rynkiem wschodzącym.
Może, bo nie istnieje jedna światowa komisja, która rozdaje państwom takie etykiety.
Każdy dostawca indeksów stosuje własne kryteria.
MSCI nadal zalicza Polskę do emerging markets. Aktualne indeksy MSCI Poland są klasyfikowane właśnie w grupie rynków wschodzących. Tak pozostało również po tegorocznym przeglądzie klasyfikacji MSCI.
A MSCI ma ogromne znaczenie dla globalnego rynku funduszy.
To zresztą dobrze pokazuje, dlaczego dzisiejszej decyzji nie należy przedstawiać jako ostatecznego „wyjścia Polski z grona rynków wschodzących”.
Według FTSE Russell jesteśmy Developed od 2018 r. Według S&P Dow Jones Indices będziemy Developed od września 2027 r. Według MSCI nadal jesteśmy emerging.
Awans jest jednak trudny do zlekceważenia
Nie przeceniałbym więc tego wydarzenia w stylu „od dziś Polska znalazła się w gospodarczej lidze Niemiec, USA i Japonii”. Klasyfikacja indeksowa nie działa w taki sposób i nie rozwiązuje naszych problemów z deficytem, inwestycjami czy samym rozwojem warszawskiej giełdy.
Ale nie bagatelizowałbym jej również jako zmiany jednej rubryki w arkuszu kalkulacyjnym.
S&P Global BMI obejmuje ponad 14 tys. akcji z rynków rozwiniętych i wschodzących. Jego konstrukcja jest wykorzystywana do porządkowania ogromnej części światowego rynku kapitałowego.
Jeżeli jeden z największych dostawców indeksów na świecie po wieloletniej obserwacji dochodzi do wniosku, że Polska spełnia wszystkie jego wymagania dla rynku rozwiniętego, to jest to naprawdę mocny sygnał.
Zwłaszcza że dziewięć lat wcześniej podobną drogę przeszedł FTSE Russell. Do kompletu nadal brakuje nam MSCI.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.