Polska firma nie może dziś dostać polskiej licencji MiCA, ale jej zagraniczny konkurent może legalnie obsługiwać klientów nad Wisłą. Po trzech wetach i miesiącach politycznej wojny polski biznes został z problemem, a konkurencja dostała prezent.

Warsaw Enterprise Institute nie przebiera w słowach. Zdaniem think tanku około 1200 polskich podmiotów z branży krypto padło ofiarą politycznego konfliktu, który rozgorzał wokół krajowych przepisów dotyczących unijnego rozporządzenia MiCA. WEI jako „ofiary” wskazuje wszystkie podmioty zarejestrowanych jako VASP. Nie jest to jednak potwierdzona liczba aktywnych obecnie przedsiębiorstw zmuszonych do zamknięcia biznesu czy tej biznesowej emigracji.
Zasadniczy problem, na który zwraca uwagę WEI, jest jak najbardziej realny. I nie trzeba wierzyć autorom raportu na słowo.
Polski wpis już nic nie daje
1 lipca 2026 r. skończył się maksymalny okres przejściowy przewidziany przez MiCA. Od tego momentu firma świadcząca w Unii usługi związane z kryptoaktywami musi mieć odpowiednie zezwolenie. Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych, czyli ESMA, uprzedzał o tym w kwietniu. Po zakończeniu okresu przejściowego podmiot bez autoryzacji MiCA powinien zaprzestać świadczenia takich usług.
Polskie Ministerstwo Finansów napisało już po upływie terminu rzecz jeszcze bardziej wprost: wpis do dotychczasowego Rejestru Działalności w zakresie Walut Wirtualnych nie uprawnia do prowadzenia działalności ani jako CASP, ani jako VASP. Usługi mogą świadczyć w UE podmioty posiadające ważne zezwolenie MiCA.
Problem w tym, że polska firma takiej polskiej licencji obecnie dostać nie może.
KNF przyznał 23 czerwca, że ponieważ nie weszła w życie krajowa ustawa dotycząca stosowania MiCA, żaden polski organ administracji publicznej – poza szczególnym wyjątkiem dotyczącym emitentów tokenów będących e-pieniądzem – nie został wyznaczony jako właściwy organ nadzoru.
Mamy więc sytuację dość niezwykłą. Unijne prawo mówi przedsiębiorcy: potrzebujesz zezwolenia. Polskie państwo odpowiada: zgoda, tylko nie mamy jeszcze organu, który mógłby ci je wydać.
Zagraniczna firma ma łatwiej
Licencja MiCA działa na zasadzie europejskiego paszportu. Dostawca usług w zakresie kryptoaktywów posiadający zezwolenie wydane w jednym państwie członkowskim może świadczyć usługi również w pozostałych krajach UE. Nie musi nawet tworzyć fizycznego oddziału w państwie, do którego kieruje ofertę. Wynika to wprost z art. 59 i 65 MiCA.
Czyli firma, która uzyskała licencję przykładowo na Łotwie, może po spełnieniu procedury paszportowej obsługiwać klientów w Polsce. Polska firma, która chciałaby dostać analogiczną licencję od polskiego nadzorcy, odbija się natomiast od drzwi, bo ustawodawca nadal nie stworzył kompletnego krajowego mechanizmu.
Łotewski CASP może dziś legalnie obsługiwać polskich klientów przez paszport MiCA – bez opłat dla KNF. Polska firma musi rejestrować się za granicą lub czekać. Każdy miesiąc opóźnienia wzmacnia pozycje zagranicznych podmiotów kosztem krajowych” – wskazuje prof. Krzysztof Piech, autor raportu Warsaw Enterprise Institute.
Można nie lubić kryptowalut, uważać je za ryzykowną inwestycję, domagać się od giełd, kantorów bardzo wysokich standardów bezpieczeństwa. Jednak państwo powinno stworzyć jasne i przejrzyste reguły. Obecny stan daje wymierną przewagę firmom, które zdecydowały się przejść procedurę licencyjną za granicami Polski.
Trzy ustawy, trzy weta
Do tej sytuacji nie doszło z braku czasu. Pierwszą ustawę o rynku kryptoaktywów prezydent Karol Nawrocki zawetował 1 grudnia 2025 r. Kolejną – 12 lutego 2026 r. Trzecie weto przyszło 11 czerwca.
Spór nie jest jednak tak prosty, jak mogłoby wynikać z narracji jednej albo drugiej strony.
Rząd argumentował, że ustawa jest konieczna do zapewnienia ochrony inwestorów i umożliwienia polskim firmom działania na jednolitym europejskim rynku. Majowy projekt miał wyznaczyć KNF jako organ nadzoru oraz stworzyć krajowe procedury niezbędne do stosowania MiCA.
Prezydent i krytycy kolejnych wersji przepisów odpowiadali, że pod hasłem europejskiej regulacji rząd próbuje dorzucić przedsiębiorcom rozwiązania, których sama Unia nie wymaga.
MiCA tak, ale po co dorzucać więcej?
WEI nie twierdzi , że Polska powinna zrezygnować z regulowania rynku. Wręcz przeciwnie. Autor raportu domaga się szybkiego stworzenia systemu licencjonowania, nadzoru KNF, wymogów kapitałowych i zasad dotyczących oddzielenia aktywów klientów od majątku firmy.
Think tank ostro krytykuje natomiast tzw. gold plating, czyli dokładanie przy okazji stosowania unijnych regulacji dodatkowych obowiązków, które nie są wymagane przez wspólnotę.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów kolejnych propozycji była opłata nadzorcza uzależniona od przychodów. W raporcie WEI wskazano, że w projektach mogła ona wynosić do 0,4 proc. przychodów ogółem. To ważne rozróżnienie: nie chodzi o 0,4 proc. zysku, lecz przychodu.
Przy biznesach działających na bardzo niskiej marży różnica jest kolosalna. Jeśli kantor kryptowalutowy uzyskuje marżę rzędu 0,5 proc., opłata odpowiadająca 0,4 proc. obrotu byłaby równowartością aż 80 proc. tej marży. I tego argumentu również nie można po prostu zbyć stwierdzeniem, że przecież „trzeba uregulować krypto”.
Trzeba. Ale regulacja powinna przede wszystkim chronić klientów i usuwać z rynku firmy, które nie są w stanie bezpiecznie przechowywać powierzonych im aktywów, a nie sprawiać, że legalne prowadzenie niewielkiego biznesu staje się ekonomicznie bezsensowne.
Afera jest argumentem za regulacją, nie za jej brakiem
Dyskusję dodatkowo zatruła sprawa Zondacrypto. Kolejne informacje dotyczące giełdy szybko stały się amunicją w politycznej wojnie i argumentem używanym w sporze o ustawę.
Piech wyciąga z tej historii jednak inny wniosek.
Afera Zondacrypto jest najsilniejszym argumentem za szybkim wdrożeniem MiCA w Polsce – nie w wersji represyjnej, lecz w wersji skutecznej: z wymogiem segregacji aktywów, kapitałem minimalnym i nadzorem KNF – podkreśla prof. Krzysztof Piech.
Trudno odmówić tej argumentacji logiki.
Jeżeli problemem jest ryzyko utraty pieniędzy przez klientów, najważniejsze są właśnie zabezpieczenia aktywów, odpowiedni kapitał i realny nadzór nad firmą. Sama liczba dokumentów, formularzy i wysokich kar administracyjnych bezpieczeństwa pieniędzy nie zagwarantuje.
To nie jest niszowy problem garstki kryptomaniaków
Jeszcze kilka lat temu politycy mogliby zapewne machnąć ręką i uznać, że spór dotyczy kilku informatyków handlujących bitcoinem. Dziś skala jest zupełnie inna.
W badaniu CBOS wykonanym w kwietniu dla „Dziennika Gazety Prawnej” 6,6 proc. dorosłych Polaków zadeklarowało posiadanie kryptowalut lub powiązanych z nimi aktywów. To około 2 mln osób. Łączną wartość inwestycji oszacowano na około 40 mld zł.
Przy tej ostatniej liczbie potrzebne jest jednak zastrzeżenie. 40 mld zł to szacunek oparty na wynikach badania, a nie wartość odczytana z jakiegoś centralnego rejestru rachunków. Nie powinniśmy więc traktować jej z dokładnością do złotówki.
Skala zjawiska jest jednak wystarczająca, żeby traktować sprawę poważnie. Zwłaszcza że regulacja ma chronić właśnie tych klientów.
Politycy mogą się kłócić. Termin już minął
Najbardziej absurdalne jest to, że polityczny spór wciąż trwa. Po trzecim wecie Komisja Finansów Publicznych 1 lipca rekomendowała Sejmowi ponowne uchwalenie ustawy. Do skutecznego odrzucenia weta potrzebna jest większość trzech piątych głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Postępowanie w Sejmie nadal figuruje jako niezakończone.
Dla przedsiębiorców 1 lipca nie był terminem politycznym, tylko prawnym, który na dodatek minął dwa miesiące temu.
Miesiącami możemy dyskutować, czy większą winę ponosi rząd, który nie chciał zrezygnować z kontrowersyjnych rozwiązań, czy prezydent, który trzy razy użył weta.
Z perspektywy małego polskiego przedsiębiorcy najważniejszy jest jednak rezultat. Dotychczasowy wpis VASP nic już nie daje. Polskiej licencji nie można dostać. Zagraniczny konkurent z licencją MiCA może wejść na nasz rynek i spokojnie sobie działać. Politycy udowadniają sobie, kto jest ważniejszy. Rachunek za te igrzyska dla gawiedzi płaci biznes.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.