Meta ma problem. 29 prokuratorów w USA oskarża spółkę o zaprojektowanie Facebooka i Instagrama w sposób uzależniający dzieci oraz o umyślne ukrywanie przed opinią publiczną szkodliwych skutków korzystania z obu serwisów. Dla firmy zarabiającej na reklamach to kierunek najgorszy z możliwych.

W najnowszej decyzji sędzia federalna Yvonne Gonzalez Rogers z sądu w Oakland w Kalifornii odrzuciła wniosek Meta, właściciela Facebooka i Instagrama, o oddalenie pozwu złożonego przez 29 prokuratorów generalnych stanów USA. Tak, dobrze czytacie: spółkę oskarża 29 amerykańskich stanów. Jak podał Reuters, chodzi o zarzuty wprowadzania w błąd, nieuczciwych praktyk oraz naruszenia federalnej ustawy COPPA, która chroni prywatność dzieci w internecie.
To nie jest jeszcze przegrana Meta. To dopiero zgoda sądu na to, by najgroźniejsze pytania nie zniknęły z akt.
Biznes Meta opiera się na czasie użytkowników
Meta zarabia przede wszystkim na reklamie, a reklama w mediach społecznościowych potrzebuje trzech rzeczy: czasu, danych i zaangażowania użytkownika.
W 2025 r. przychody Meta wyniosły 200,97 mld dol., z czego 196,18 mld dol. stanowiły przychody reklamowe. Firma podała też, że liczba wyświetleń reklam w jej aplikacjach wzrosła w całym 2025 r. o 12 proc., a średnia cena reklamy o 9 proc.
To dobrze pokazuje skalę problemu. Jeżeli sąd zacznie badać, czy mechanizmy zwiększające zaangażowanie użytkowników były projektowane w sposób szkodliwy dla dzieci i nastolatków, to spór przestaje być wyłącznie sprawą o ochronę najmłodszych. Staje się sporem o fundament reklamowego modelu Big Techu.
Zaangażowanie było sukcesem. Teraz jest ryzykiem
Przez lata wysoki czas korzystania z aplikacji, częste powroty użytkowników i rosnące zaangażowanie były dla platform społecznościowych dowodem sukcesu. Teraz te same elementy mogą być analizowane jako potencjalny dowód ryzykownego projektowania usług.
To biznesowe clou. Prokuratorzy generalni zarzucają Meta, że Facebook i Instagram zostały zaprojektowane tak, by uzależniać dzieci, a firma miała świadomie ukrywać szkodliwe skutki przed opinią publiczną. Meta stanowczo zaprzecza tym zarzutom.
Zdecydowanie nie zgadzamy się z tymi zarzutami – oświadczyła Meta.
Spółka argumentuje, że prokuratorzy nie przedstawili dowodów na wprowadzanie użytkowników w błąd. Meta twierdzi też, że uzależnienie od mediów społecznościowych nie jest uznanym zaburzeniem psychiatrycznym, a Facebook i Instagram były kierowane do ogólnej publiczności, nie wyłącznie do dzieci poniżej 13. roku życia.
Sędzia uznała jednak, że w sprawie istnieją istotne spory faktyczne. Dotyczą one m.in. tego, czy platformy Meta są uzależniające, czy firma fałszywie temu zaprzeczała oraz czy w pewnym stopniu kierowała swoje produkty do dzieci.
Najgroźniejsze mogą być dokumenty
W takich sprawach dla technologicznego giganta groźna jest nie tylko kara finansowa. Problemem jest sam proces, bo może otworzyć drogę do dokumentów, maili, wewnętrznych analiz i decyzji produktowych.
Jeżeli w sądzie pojawią się materiały pokazujące, co firma wiedziała o wpływie swoich produktów na dzieci i nastolatków, problem może szybko wyjść poza jedną salę rozpraw. Może zainteresować regulatorów, polityków, inwestorów i reklamodawców.
Taki scenariusz rynek już zaczął wyceniać. W marcu 2026 r. akcje Meta spadły o 7 proc. po dwóch wyrokach dotyczących szkód u młodych użytkowników. Reuters pisał wtedy, że inwestorzy obawiali się nowej ekspozycji prawnej i możliwej konieczności zmian w projektowaniu produktów, które wspierały reklamowy biznes spółki.
Więcej o big techach w Bizblogu Spider's Web
Dzieci są najbardziej wrażliwym punktem modelu
Młodzi użytkownicy są dla platform społecznościowych szczególnie ważni. Kto zbuduje nawyk korzystania z aplikacji u nastolatka, może zatrzymać go na lata. Z punktu widzenia biznesu to ogromna wartość. Z punktu widzenia sądów i regulatorów – coraz większy problem.
Prokuratorzy stanowi twierdzą, że korzystanie przez dzieci z Facebooka i Instagrama może prowadzić do takich zaburzeń i chorób, jak depresja, lęk, bezsenność, problemy z nauką i codziennym funkcjonowaniem, może skłaniać małoletnich do samookaleczeń i prób samobójczych. Meta zaprzecza, by wprowadzała użytkowników w błąd, i przekonuje, że od lat pracuje nad rozwiązaniami wspierającymi bezpieczeństwo młodych osób.
Najbliższy test dla spółki nadejdzie szybko. Proces dotyczący roszczeń Kalifornii, Kolorado, Kentucky i New Jersey przeciwko Meta ma rozpocząć się 18 sierpnia.
W tle jest jeszcze większy front. Ta sama sędzia nadzoruje powiązane postępowanie zbiorcze obejmujące ponad 2600 osób, okręgów szkolnych i samorządów lokalnych. Sprawa dotyczy tego, czy platformy społecznościowe, w tym Facebook, Instagram, YouTube, Snapchat i TikTok, uzależniają dzieci.
Big Tech może dostać rachunek za projektowanie aplikacji
Meta już wcześniej próbowała ograniczyć ryzyko prawne. Reuters informował w czerwcu, że spółka lobbowała w Kongresie USA za ochroną przed pozwami dotyczącymi szkód wyrządzanych dzieciom przez produkty społecznościowe, takie jak Instagram.
To pokazuje, że firmy technologiczne dobrze rozumieją skalę zagrożenia. Jeśli sądy zaczną traktować uzależniający design jako realne ryzyko prawne, konsekwencje mogą wykraczać poza pojedyncze odszkodowania. W grę wchodzą droższy compliance, ograniczenia funkcji dla nieletnich, mocniejsze wymogi zgód rodziców, zmiany w rekomendacjach treści i kolejne pozwy.
Dla użytkowników może to oznaczać więcej zabezpieczeń. Dla reklamodawców – ostrożniejsze środowisko. Dla inwestorów – pytanie, czy platformy społecznościowe będą mogły dalej optymalizować produkty tak agresywnie pod czas spędzany w aplikacji.
Meta nie przegrała jeszcze procesu, ale przegrała próbę zamknięcia jednego z najgroźniejszych sporów zanim naprawdę się rozpędził. Jeśli sąd zacznie rozbierać na części mechanizmy, które przez lata pompowały zaangażowanie użytkowników, problemem nie będzie już tylko reputacja Facebooka i Instagrama.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.