REKLAMA

FDA pokazała, jak walczyć z paleniem. Polska woli dawać prezenty mafii

To nie do pomyślenia u nas. Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (ang. U.S. Food and Drug Administration, FDA) robi coś, co w Polsce brzmi jak herezja. Uznała, że nie wszystkie produkty nikotynowe są tak samo szkodliwe jak papierosy.

fda regulacje zyn
REKLAMA

FDA wydała właśnie decyzję dotyczącą 20 rodzajów saszetek nikotynowych ZYN.

Używanie ZYN zamiast papierosów wiąże się z niższym ryzykiem raka jamy ustnej, chorób serca, raka płuc, udaru mózgu, rozedmy płuc oraz przewlekłego zapalenia oskrzeli – pisze FDA.

REKLAMA

W tym zdaniu najważniejsze są dwa słowa: „zamiast papierosów”. Nie obok papierosów. Nie jako nowa moda. Chodzi o dorosłych palaczy, którzy mają zastąpić papierosy produktem bezdymnym. I dokładnie tu zaczyna się różnica między polityką zdrowotną opartą na danych naukowym a polityką, która polega na ślepym pędzie zakazywania wszystkiego jak leci.

FDA widzi różnicę między nikotyną a dymem

FDA nie przyznała ZYN-om medalu za zdrowie. Amerykański regulator podkreśla, że nie ma bezpiecznego produktu tytoniowego ani nikotynowego. Ale FDA robi coś jeszcze. Rozróżnia ryzyko.

Papieros jest najbardziej szkodliwą formą konsumpcji nikotyny przede wszystkim dlatego, że wymaga spalania tytoniu i wdychania dymu. To dym papierosowy zawiera mieszaninę substancji toksycznych i rakotwórczych. Produkt bezdymny nie staje się przez to zdrowy, ale nie jest tym samym co papieros.

To niby oczywiste. A jednak w polityce niektórych krajów europejskich tę oczywistość często traktuje się jak niewygodny szczegół.

REKLAMA

Celem przeglądu produktów o zmodyfikowanym ryzyku prowadzonego przez FDA jest zapewnienie dorosłym użytkownikom jasnych i opartych na nauce informacji o względnej szkodliwości wyrobów tytoniowych, tak aby mogli podejmować świadome decyzje – mówi Bret Koplow, pełniący obowiązki dyrektora Center for Tobacco Products FDA.

To jest bardzo ważne zdanie. Państwo nie udaje, że wszystkie produkty są identyczne. Nie mówi obywatelowi: nie wolno ci wiedzieć, że jedno rozwiązanie jest mniej szkodliwe od drugiego. Państwo mówi: pokażcie dane, przejdźcie ocenę naukową, komunikujcie wyłącznie to, co zostało zatwierdzone, i liczcie się z nadzorem.

Taka jest różnica między regulacją a ideologiczną krucjatą.

REKLAMA

Naukowcy ostrzegają Brukselę

Decyzja FDA nie jest tylko amerykańską ciekawostką regulacyjną. To kolejny rozdział sporu, który od miesięcy toczy się u nas w Europie. Chodzi o pytanie, czy państwo powinno rozróżniać poziomy ryzyka, czy dla politycznej wygody traktować wszystkie produkty nikotynowe tak samo.

Kilka miesięcy temu grupa europejskich ekspertów napisała w tej sprawie list do Ursuli von der Leyen. Bezpośrednim powodem były wypowiedzi unijnego komisarza ds. zdrowia Olivéra Várhelyiego, który przekonywał, że bezdymne produkty nikotynowe mają ryzyko porównywalne z paleniem papierosów.

Eksperci uznali takie podejście za niebezpieczne.

REKLAMA

Nie ma naukowych podstaw, by twierdzić, że bezdymne produkty nikotynowe wiążą się z ryzykiem porównywalnym z papierosami – wskazali autorzy listu.

To zdanie dobrze pokazuje, gdzie przebiega linia sporu. Nie między zwolennikami i przeciwnikami nikotyny, ale między polityką opartą na gradacji ryzyka a polityką, która stawia na wygodne uproszczenia i wrzuca wszystkie produkty do jednego worka.

FDA właśnie potwierdziła to, o czym naukowcy ostrzegali Brukselę od miesięcy: bez gradacji ryzyka polityka antynikotynowa może nie ograniczać szkód, tylko konserwować papierosy. Nie cała Europa idzie tą drogą, ale niektóre kraje, w tym Polska, nadal wolą regulacyjne uproszczenia.

REKLAMA

Polska może wybrać prostsze rozwiązanie. Zakaz

W Polsce rządowy projekt przewiduje zakaz sprzedaży woreczków nikotynowych o smaku innym niż tytoniowy. Na papierze wygląda to technicznie. W praktyce jest to mocne uderzenie w legalny rynek alternatyw dla papierosów. I to w momencie, w którym amerykański regulator mówi: różnice między produktami mają znaczenie.

Saszetki nikotynowe nie zawierają tytoniu. Nie wymagają spalania. Nie wytwarzają dymu. A jednak polski projekt chce sprowadzić je smakowo do tytoniu. Produkt beztytoniowy ma udawać tytoń, żeby mieścił się w regulacyjnym wyobrażeniu urzędnika. Trudno o lepszą metaforę naszej polityki wobec innowacji.

Zamiast rozróżniać ryzyko, państwo zrównuje kategorie. Zamiast budować legalny, kontrolowany rynek, chce go przyciąć. Zamiast wspierać produkty, które mogą odciągać dorosłych palaczy od papierosów, wrzuca je do jednego worka z papierosami. To nie jest neutralne. To może być prezent dla najgorszego produktu na rynku.

REKLAMA

Nadregulacja to zamiatanie problemu pod dywan

W tej dyskusji powraca stary błąd polityków: przekonanie, że jeśli czegoś zakażą, to problem zniknie. Nie zniknie. Popyt nie wyparowuje od jednego przepisu. Jeżeli legalny produkt zostanie wypchnięty z rynku, konsumenci mają kilka wyjść. Część wróci do papierosów. Część zacznie kupować za granicą. Część przeniesie się do internetu. Część trafi do szarej strefy.

Ta ostatnia nie przejmuje się niczym, czym przejmuje się legalny biznes. Nie bada składu. Nie dba o jakość. Nie pilnuje oznaczeń. Nie płaci podatków. Nie finansuje miejsc pracy w legalnym handlu. Nie odpowiada przed regulatorem. Nie wycofuje wadliwych partii. Nie czyta projektów ustaw, nie notyfikuje produktów i nie zatrudnia działów compliance.

Legalna firma, zanim sprzeda produkt, musi mierzyć się z podatkami, kontrolami, etykietami, normami, ograniczeniami ekspozycji, obowiązkami informacyjnymi i ryzykiem interpretacyjnym. Szara strefa ma jedną przewagę: działa poza systemem.

Im bardziej państwo utrudnia życie legalnemu rynkowi, tym bardziej poprawia marże nielegalnym sprzedawcom.

To podstawowy skutek nadregulacji, o którym w debacie publicznej mówi się za mało. Zakaz bardzo często nie rozwiązuje problemu. Zakaz przenosi problem z rynku kontrolowanego na rynek niekontrolowany.

Mały biznes zapłaci szybciej niż koncern

Wygodnie jest udawać, że każda regulacja dotycząca nikotyny uderza wyłącznie w wielkie koncerny. To nieprawda. Po drodze jest cały legalny handel: dystrybutorzy, hurtownie, sklepy, stacje paliw, małe punkty convenience, lokalni przedsiębiorcy. Dla nich nagła zmiana przepisów to nie akademicka dyskusja o zdrowiu publicznym. To towar, który trzeba zdjąć z półki. Umowy, które trzeba zmienić. Systemy, które trzeba dostosować. Pracownicy, których trzeba przeszkolić. Ryzyko kary, jeśli ktoś źle zrozumie kolejne nieprecyzyjne przepisy.

REKLAMA

Duży gracz zazwyczaj sobie poradzi. Ma prawników, budżet i czas. Mały przedsiębiorca dostaje kolejną paczkę obowiązków i słyszy, że to dla dobra publicznego. Tyle że dobro publiczne nie polega na produkowaniu chaosu regulacyjnego. Nie polega też na tym, żeby z dnia na dzień podważać legalny model sprzedaży, skoro popyt i tak zostanie na rynku.

Dobro publiczne polega na tym, żeby legalny obrót był bardziej atrakcyjny niż szara strefa. A to wymaga stabilnych zasad, sensownych proporcji i regulacji opartych na różnicach ryzyka.

Innowacja nie rodzi się pod pałką

Jest jeszcze jeden problem. Zakazowa polityka zabija innowacyjność. Jeżeli firma inwestuje w produkt bezdymny, badania, dokumentację, system kontroli jakości i procedury regulacyjne, powinna mieć jasny sygnał: państwo będzie surowe, ale przewidywalne. Jeżeli produkt jest mniej szkodliwą alternatywą dla papierosów, regulator powinien umieć to ocenić i dopuścić precyzyjny, kontrolowany komunikat.

REKLAMA

Model FDA właśnie na tym polega. Nie ma tu bezwarunkowej liberalizacji. Jest naukowy przegląd, ograniczona zgoda, konkretna treść komunikatu i obowiązek dalszego monitorowania rynku. Zgody na komunikat o zmodyfikowanym ryzyku wygasają po pięciu latach, a regulator może je cofnąć, jeśli uzna, że przestają służyć zdrowiu publicznemu.

To jest podejście wymagające, ale racjonalne. Daje firmom powód, żeby inwestować w mniej szkodliwe rozwiązania. Daje konsumentowi informację. Daje państwu kontrolę.

Model zakazowy daje za to prostą satysfakcję polityczną. Można ogłosić walkę z nikotyną, postawić kolejny zakaz i uznać sprawę za załatwioną. Problem polega na tym, że za kulisami zostają papierosy, szara strefa i rynek, któremu nie opłaca się inwestować w innowacje.

REKLAMA

Szwedzka lekcja dla Europy

Szwecja pokazuje, że na naszym kontynencie istnieje także inna droga: ograniczanie palenia papierosów przez dopuszczanie mniej szkodliwych alternatyw, zamiast udawania, że wszystko z nikotyną jest tym samym produktem.

Szwedzka Agencja Zdrowia Publicznego podaje, że w 2024 r. codziennie paliło 5,4 proc. osób w wieku 16-84 lata. To poziom, o którym wiele państw może tylko pomarzyć. Jednocześnie Szwecja od lat jest krajem, w którym alternatywne produkty nikotynowe, w tym snus, mają znacznie mocniejszą pozycję niż w większości Unii Europejskiej.

Nie chodzi o to, żeby bezrefleksyjnie kopiować szwedzkie przepisy. Chodzi o lekcję znacznie prostszą: jeżeli celem jest ograniczenie największej szkody, trzeba skoncentrować się na papierosach i dymie, a nie udawać, że wszystkie produkty z nikotyną są identyczne.

REKLAMA

Szwecja pokazuje, że polityka redukcji szkód nie jest kapitulacją przed biznesem. Może być narzędziem ograniczania palenia papierosów. To podejście mniej efektowne niż zakaz, a do tego znacznie bardziej wymagające intelektualnie.

Trzeba bowiem zaakceptować niewygodną prawdę: dorosły konsument nie zawsze rzuci nikotynę tylko dlatego, że państwo tego chce. Jeżeli więc ma wybierać, lepiej żeby wybierał w legalnym, kontrolowanym systemie i z dostępem do rzetelnej informacji o różnicy ryzyka.

Państwo nie powinno chronić papierosów przez przypadek

Największy paradoks obecnej polityki polega na tym, że walcząc z alternatywami, państwo w praktyce wzmacnia pozycję papierosów. Jeżeli wszystkie produkty zostaną potraktowane tak samo, wygrywa produkt najbardziej znany, najbardziej zakorzeniony, najbardziej dostępny i najbardziej szkodliwy. Papieros.

REKLAMA

Jeżeli legalne alternatywy zostaną nadmiernie ograniczone, wygrywa szara strefa. Jeżeli firmy zobaczą, że inwestowanie w mniej szkodliwe rozwiązania kończy się takim samym regulacyjnym batem jak sprzedaż papierosów, innowacja przestanie się opłacać. To właśnie jest prawdziwy koszt nadregulacji.

Jeżeli państwo naprawdę chce ograniczać szkody, powinno zacząć od najprostszej rzeczy: przestać udawać, że wszystko z nikotyną jest papierosem. W przeciwnym razie wojna z alternatywnymi produktami stanie się prezentem dla producentów papierosów. Tych, którzy sprzedają nikotynę poza prawem.

REKLAMA
Arek Braumberger
Redaktor

Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA