Google przegrał przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w jednej z najważniejszych spraw antymonopolowych ostatnich lat. Chodzi o Androida, czyli system, na którym działają miliardy smartfonów. Kara wynosi 4,125 mld euro, ale w tej sprawie pieniądze nie są najważniejsze. Ważniejsze jest to, że Bruksela dostała bardzo mocny argument do dalszej walki z cyfrowymi gigantami.

Trybunał Sprawiedliwości UE oddalił odwołanie Google i Alphabetu w sprawie Google Android. Oznacza to, że utrzymana została kara 4,125 mld euro za nadużycie pozycji dominującej. Spór trwał osiem lat i dotyczył praktyk, które miały wzmacniać pozycję wyszukiwarki Google oraz przeglądarki Chrome na urządzeniach z Androidem.
Mec. Robert Nogacki, radca prawny i założyciel Kancelarii Prawnej Skarbiec, w opublikowanej 3 lipca analizie „Cztery miliardy euro później. Wyrok TSUE w sprawie Google Android”, zauważa, że prawdziwą stawką spraw dotyczących giganta nigdy nie dotyczyła wyłącznie pieniędzy.
Doniosłość wyroku leży gdzie indziej: w rozstrzygnięciach doktrynalnych, które na lata ukształtują egzekwowanie art. 102 TFUE [Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej – przyp. red.] wobec platform cyfrowych – wskazuje mec. Robert Nogacki.
Android był darmowy, ale nie bez znaczenia dla konkurencji
Sprawa zaczęła się w 2018 r. Wtedy Komisja Europejska uznała, że Google nadużył dominującej pozycji. Według Komisji koncern wiązał dostęp do sklepu Play Store z obowiązkiem preinstalowania Google Search, wiązał Chrome z Play Store i wyszukiwarką, ograniczał producentom możliwość sprzedaży urządzeń z niekompatybilnymi wersjami Androida oraz stosował płatności za wyłączność preinstalacji.
Inaczej mówiąc: producent smartfona mógł korzystać z bardzo atrakcyjnego, darmowego systemu Android, ale w pakiecie dostawał warunki, które wzmacniały usługi Google. To był problem dla konkurentów, bo w świecie smartfonów pozycja startowa ma ogromne znaczenie. Użytkownik najczęściej korzysta z tego, co już ma na ekranie.
Google bronił się argumentem, który dla wielu konsumentów brzmi logicznie. Android był darmowy, otwarty i pozwolił wielu producentom konkurować z Apple. Dzięki temu smartfony były tańsze, wybór większy, a użytkownik zawsze mógł pobrać inną aplikację albo zmienić ustawienia.
Nogacki zwraca uwagę, że był to najmocniejszy kontrargument Google. Z perspektywy klasycznie rozumianego interesu konsumenta niełatwo było pokazać prostą szkodę: ceny urządzeń nie rosły, konkurencja między producentami sprzętu była duża, a preinstalowaną aplikację można było odinstalować.
TSUE zaakceptował jednak inne spojrzenie. W tej sprawie nie chodziło tylko o cenę telefonu ani o to, czy użytkownik technicznie może zmienić aplikację. Chodziło o strukturę rynku.
TSUE mówi platformom: nie wystarczy powiedzieć, że klient nie stracił
Najważniejszy wniosek z wyroku jest prosty: w przypadku cyfrowych ekosystemów nie zawsze trzeba udowadniać szkodę tak, jak w klasycznych sprawach o ceny, marże i koszty. Komisja nie musi w każdej takiej sprawie przeprowadzać testu równie efektywnego konkurenta, czyli sprawdzać, czy hipotetyczny rywal działający tak samo sprawnie jak dominująca firma mógłby przetrwać na rynku.
To brzmi technicznie, ale w praktyce ma ogromne znaczenie. TSUE uznał, że na rynkach cyfrowych sama struktura rynku może sprawiać, że pojawienie się takiego konkurenta jest prawie niemożliwe. Efekty sieciowe, dane użytkowników, ustawienia domyślne i dostęp do dystrybucji tworzą barierę, której nie widać w prostym porównaniu cen.
Tam, gdzie struktura rynku wraz z kwestionowaną praktyką uniemożliwia istnienie równie efektywnego rywala, żądanie dowodu jego wykluczenia byłoby żądaniem dowodu na istnienie jednorożca – zauważa mec. Robert Nogacki.
To ważna zmiana akcentu. Do tej pory wielkie platformy mogły bronić się argumentem: konsument przecież nic nie zapłacił, usługa jest darmowa, a wybór formalnie istnieje. Po wyroku w sprawie Androida taki argument może być niewystarczający.
Prawo konkurencji coraz wyraźniej chroni nie tylko niską cenę, ale też realny wybór. A realny wybór w internecie zależy często od tego, co jest zainstalowane domyślnie, co pojawia się na pierwszym ekranie i jakie warunki musi zaakceptować producent sprzętu albo twórca aplikacji.
To ważne także dla mniejszych firm
Dla przeciętnego użytkownika wyrok może wyglądać jak kolejna odsłona sporu Brukseli z amerykańskim gigantem. Dla firm działających w cyfrowej dystrybucji znaczenie jest bardziej konkretne.
Jeżeli ktoś buduje marketplace, platformę aplikacji, system płatności, porównywarkę, sklep z aplikacjami albo ekosystem usług, powinien uważnie przyjrzeć się swoim umowom. Szczególnie ryzykowne mogą być warunki dotyczące preinstalacji, wyłączności, ustawień domyślnych, pakietowania usług i podziału przychodów w zamian za preferencyjną ekspozycję.
Nogacki wskazuje, że po tym wyroku linia obrony oparta wyłącznie na braku testu AEC albo braku jednej szczegółowej analizy kontrfaktycznej traci znaczenie w sprawach ekosystemowych. Komisja nadal musi wykazać związek między praktyką a skutkiem antykonkurencyjnym, ale nie musi robić tego jedną, sztywną metodą.
Scenariusz kontrfaktyczny jest narzędziem, nie warunkiem – podkreśla mec. Robert Nogacki.
To może oznaczać szybsze i śmielsze postępowania przeciwko cyfrowym platformom. Może też otworzyć drogę do pozwów odszkodowawczych ze strony konkurentów i kontrahentów, którzy uznają, że praktyki Google ograniczyły im dostęp do rynku.
Więcej naszych wpisów o Google
Dla małych firm technologicznych to dobra i zła wiadomość jednocześnie. Dobra, bo unijne prawo konkurencji może mocniej chronić ich przed zamkniętymi ekosystemami gigantów. Zła, bo zasady projektowania własnych platform również będą oceniane ostrzej. Argument „użytkownik może sobie kliknąć coś innego” nie zawsze wystarczy.
Europa nie ma własnego Google’a, więc konkuruje przepisami
W analizie pojawia się jeszcze jeden ważny wątek: geopolityka. Europa nie zbudowała własnych gigantów cyfrowych na miarę Google’a, Apple’a czy Microsoftu. Nie konkuruje więc z Doliną Krzemową skalą platform, lecz siłą regulacji.
To właśnie w tym kontekście trzeba czytać nie tylko sprawę Androida, ale też Akt o rynkach cyfrowych, czyli DMA. Ten unijny akt przenosi część obowiązków z wieloletnich spraw antymonopolowych do katalogu zakazów i nakazów działających z góry. Zamiast czekać dekadę na prawomocny wyrok, Bruksela chce mieć narzędzie szybszej reakcji.
Reuters zwraca uwagę, że przegrana Google’a może ośmielić regulatorów i firmy do kolejnych działań przeciwko koncernowi. Agencja przypomina też, że sprawa Androida jest elementem szerszego unijnego kursu wobec Big Tech, a Google ma za sobą już kilka wielomiliardowych kar antymonopolowych w UE.
Dla konsumentów spór może wydawać się abstrakcyjny, ale jego skutki są bardzo praktyczne. Chodzi o to, czy na telefonie, w wyszukiwarce, sklepie z aplikacjami albo systemie płatności użytkownik ma realny wybór, czy tylko wybór pozorny. Różnica polega na tym, czy konkurent może faktycznie dotrzeć do klienta, czy przegrywa już na starcie, zanim jego aplikacja w ogóle pojawi się na ekranie.
Kara jest duża, ale reguły są ważniejsze
4,125 mld euro robi wrażenie, ale dla Alphabetu to nie jest kara, która wywraca model biznesowy. Reuters zauważa, że rekordowa grzywna stanowi mniej niż 3 proc. rocznego zysku Alphabetu. Dla Google’a większym problemem mogą być więc nie same pieniądze, lecz precedens i kolejne roszczenia.
Najważniejszy wniosek z wyroku jest taki, że w gospodarce cyfrowej prawo konkurencji coraz mniej przypomina spór o cenę konkretnego produktu. Coraz bardziej staje się sporem o dostęp do rynku, widoczność, dane, ustawienia domyślne i kontrolę nad punktem wejścia do użytkownika.
Każdy podmiot budujący platformę, marketplace lub ekosystem aplikacji powinien więc przyjąć, że argument „konsument na tym nie stracił” przestał wystarczać – wskazuje mec. Robert Nogacki.
I to jest sedno tej sprawy. Wyrok TSUE nie jest tylko historią o Google’u i Androidzie. Jest sygnałem dla całej gospodarki cyfrowej: jeżeli firma buduje ekosystem, w którym sama ustawia warunki gry, musi liczyć się z tym, że regulatorzy będą patrzeć nie tylko na ceny, ale też na to, czy inni mają realną szansę wejść na boisko.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.