Patrzę na 12 proc. PIT i powinienem się cieszyć. Potem liczę wypłatę i mina mi rzednie
Zanim politycy zaczną się przerzucać argumentami o tym, kto naprawdę obniża Polakom podatki, proponuję przypomnieć sobie „największą obniżkę podatków w historii”. Część podatników pamięta ją zupełnie inaczej. Chodzi oczywiście o Polski Ład.

Nie zamierzam udowadniać, że reforma sprzed kilku lat wszystkim podniosła podatki. Tak nie było. Wyższa kwota wolna, przesunięcie progu podatkowego, a później obniżenie pierwszej stawki PIT z 17 do 12 proc. sprawiły, że ogromna część pracowników rzeczywiście wyszła na zmianach na plus.
Tyle że „ogromna część” to nie to samo co „wszyscy”. Piotr Juszczyk, główny doradca podatkowy inFaktu, porównał obecne zasady z systemem obowiązującym przed 2022 r. I wyszła mu bardzo ciekawa granica. Przy wynagrodzeniu około 18 450 zł brutto miesięcznie dzisiejszy system przestaje być korzystniejszy od starego. Powyżej tego poziomu różnica zaczyna działać na niekorzyść pracownika.
To jest właśnie ten moment, w którym polityczne hasło o obniżce podatków zderza się z kalkulatorem.
18 450 zł brutto. Od tego miejsca zaczyna się strata
Przy pensji 18 450 zł brutto różnica jest jeszcze symboliczna. Według wyliczeń inFaktu średnie miesięczne wynagrodzenie netto na obecnych zasadach wynosi 11 773 zł. Gdyby zastosować przepisy sprzed Polskiego Ładu, byłoby to 11 776 zł.
Trzy złote. Można wzruszyć ramionami. Tyle że wraz ze wzrostem pensji różnica bardzo szybko przestaje być symboliczna.
Przy 20 tys. zł brutto miesięcznie obecne przepisy oznaczają średnio 107 zł netto mniej. Przy 25 tys. zł różnica rośnie do 454 zł miesięcznie, przy 30 tys. zł do 832 zł, a przy 40 tys. zł brutto pracownik dostaje średnio o 1588 zł miesięcznie mniej niż dostałby według systemu sprzed 2022 r.
W ostatnim przypadku mówimy już o 19 052 zł w ciągu roku.
I właśnie dlatego mam problem z opowiadaniem o podatkach za pomocą jednej efektownej liczby.
12 proc. wygląda przecież lepiej niż 17 proc. Próg 120 tys. zł wygląda lepiej niż 85 528 zł. Kwota wolna 30 tys. zł również wygląda zdecydowanie lepiej niż rozwiązania obowiązujące przed Polskim Ładem.
Wszystko się zgadza. A jednak przy odpowiednio wysokiej pensji pracownik zostaje z mniejszą kwotą netto.
Jakim cudem 12 proc. może być gorsze od 17 proc.?
Odpowiedź kryje się w składce zdrowotnej. Przed 2022 r. pracownik płacił składkę zdrowotną, ale 7,75 proc. jej podstawy można było odliczyć od podatku. W praktyce ogromna część tego obciążenia była więc kompensowana niższym PIT. Polski Ład zlikwidował to odliczenie.
W zamian dał podatnikom wyższą kwotę wolną oraz wyższy próg podatkowy. Późniejsze zmiany obniżyły również pierwszą stawkę PIT do 12 proc.
Dla większości pracowników taki rachunek nadal wychodzi korzystnie. Problem pojawia się przy wysokich dochodach, bo składka zdrowotna rośnie wraz z wynagrodzeniem, a od podatku nie można jej już odliczyć.
Paradoks polega na tym, że mimo niższej stawki bazowej – 12 proc. dziś wobec 17 proc. przed 2022 r. – przy wysokich dochodach wygrywa stara skala – wskazuje Piotr Juszczyk, główny doradca podatkowy inFaktu.
To jest chyba najlepsza odpowiedź na pytanie, dlaczego nie należy oceniać reformy podatkowej wyłącznie po wysokości PIT. Podatek dochodowy to tylko jeden element całego rachunku.
Nie, Polski Ład nie był podwyżką dla wszystkich
Tu trzeba jednak postawić wyraźną granicę, bo równie łatwo byłoby popaść w odwrotną przesadę. Z wyliczeń inFaktu wynika, że większość pracowników nadal wychodzi na obecnym systemie lepiej niż przed 2022 r.
Przy 5 tys. zł brutto miesięcznie przewaga obecnych zasad wynosi średnio 110 zł netto. Przy 10 tys. zł to 201 zł. Przy 12 tys. zł różnica sięga nawet 420 zł miesięcznie. Przy 15 tys. zł przewaga obecnego systemu spada już jednak do 228 zł.
Potem zaczyna szybko topnieć, aż w okolicach 18 450 zł praktycznie znika. Czyli Polski Ład rzeczywiście obniżył obciążenia dużej części podatników. Ale nie wszystkim. I tutaj wracamy do słynnego hasła o „największej obniżce podatków w historii”.
„Największa obniżka podatków w historii” była prawdziwa dla większości, ale nie dla wszystkich – podkreśla Piotr Juszczyk.
To zdanie warto sobie zapamiętać również przy kolejnych reformach.
Przy 40 tys. zł pensji robi się już naprawdę grubo
Spójrzmy jeszcze raz na dobrze zarabiających pracowników, bo tutaj skala różnicy najlepiej pokazuje, co zrobiła likwidacja odliczenia składki zdrowotnej.
Według wyliczeń inFaktu na obecnych zasadach pracownik zarabiający:
- 20 tys. zł brutto traci względem starego systemu około 1279 zł rocznie,
- 25 tys. zł – około 5443 zł,
- 30 tys. zł – około 9980 zł,
- 35 tys. zł – około 14 516 zł,
- 40 tys. zł – około 19 052 zł rocznie.
Wyliczenia dotyczą umowy o pracę i uwzględniają obowiązujący w 2026 r. limit 30-krotności składek.
Oczywiście 30 czy 40 tys. zł miesięcznie to nie jest wynagrodzenie przeciętnego Polaka. Ale mówimy o normalnych, legalnych dochodach osiąganych przez część specjalistów, menedżerów, lekarzy czy prawników pracujących na etacie.
Nie widzę więc powodu, żeby ich pomijać tylko dlatego, że dobrze zarabiają. Jeśli państwo mówi „obniżyliśmy podatki”, podatnik ma prawo odpowiedzieć: pokażcie mi mój rachunek.
Dlatego na kolejną „obniżkę podatków” patrzę już ostrożniej
Teraz rząd przygotowuje kolejne zmiany w PIT. I znowu usłyszymy, kto na nich zyska, kto ile dostanie i o ile mniej zabierze mu fiskus.
Potem prawdopodobnie zacznie się druga część przedstawienia: polityczna wojna o podpis prezydenta.
Ale niezależnie od tego, czy ta reforma ostatecznie wejdzie w życie, doświadczenie Polskiego Ładu powinno nas czegoś nauczyć.
Nie interesuje mnie sama stawka podatku. Nie wystarczy mi wysokość progu. Nie przekonuje mnie nawet efektownie wyglądająca kwota wolna.
Chcę wiedzieć, ile po wszystkich podatkach i składkach zostanie pracownikowi na koncie.
Bo można zejść z PIT z 17 do 12 proc., podnieść kwotę wolną i przesunąć próg podatkowy, a jednocześnie stworzyć grupę ludzi, która mimo tych wszystkich „obniżek” płaci państwu więcej.
I chyba właśnie dlatego przed następną „największą obniżką podatków” warto wyciągnąć kalkulator, zanim wyciągniemy szampana.
Szef redakcji Bizblog.pl. W mediach od 30 lat. Pisze o małym biznesie, podatkach i finansach osobistych. Do Spidersweb.pl przeszedł z Wirtualnej Polski, gdzie najpierw był szefem wydawców Money.pl, a potem zastępcą redaktora naczelnego. Pierwszą posadę w mediach dostał w „Gazecie Wyborczej”, pracował w „Pulsie Biznesu”, „Życiu”, miesięczniku „Pieniądz”, „Businessman Magazine”, Miesięczniku Finansowym „BANK”. W tym ostatnim był redaktorem prowadzącym kilku edycji prestiżowych raportów „Największe banki w Polsce“ oraz „IT@BANK”.